Aktualności:

Wspomnienia pewnego Ormowca

  W połowie września 1945 r. przyjechałem na Pomorze Zachodnie ze swoim bratem i kolegą, Władysławem Sadowskim ze wsi Żadno powiat Dąbrowa Tarnowska województwo krakowskie. Jechaliśmy tydzień, przez Wrocław, Poznań, Krzyż i Wałcz. Z Wałcza piechotą szliśmy do miejscowości Luben, dokąd z bratem mieliśmy skierowanie. Na ulicy Wałcza spotkaliśmy Polaka, który wskazał nam drogę, i tak dotarliśmy do miejscowości Buchenwald (Bukowina), dalej przez Strączno do wsi Luben (Lubno). Z lasu do tej miejscowości było trafić łatwo, bo na każdej krzyżówce leśnej były drogowskazy, wymalowane czarną farbą, na kamieniach, na białym tle. Podczas tej wędrówki leśnej trzeba było uważać, żeby nie wpaść na minę-pułapkę. Leśnymi drogami doszliśmy do stodoły zapełnionej sianem. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Na poboczach drogi leżały różnego rodzaju skrzynie poniemieckie po pociskach artyleryjskich oraz sprzęt wojskowy; broń, amunicja, mundury i koce. Przed mostem na rzeczce Pilawce była spalona leśniczówka a obok groby czterech żołnierzy niemieckich, bo na nich leżały ich hełmy. Przeszliśmy rzeczkę Pilawkę i zza drzew zobaczyliśmy zabudowania, wieżę kościelną i komin gorzelni. Przed wioską odczytaliśmy na tablicy; Luben (obecnie Lubno). W Lubnie spotkaliśmy koło kościoła Polaka, Jana Klupsia, który szedł z pepeszą na ramieniu i w polskiej rogatywce z orzełkiem na głowie. Poinformował nas, że jest pracownikiem ochrony gorzelni, oraz że we wsi jest już kilku Polaków z bronią, którzy pilnują gorzelni i całej wioski. Zapytany o sołtysa wskazał nam dom koło szkoły i powiedział, że sołtys tam mieszka. W szkole jest zboże, jeść będziecie mieli co, a sołtys ma klucz i rozdziela zboże Polakom-zakończył informację. Po przyjściu do sołtysa, Mariana Gogoły, przywitano nas bardzo radośnie, bo okazało się, że byliśmy z jednych stron i znaliśmy się dobrze. Żona sołtysa podała gorący posiłek oraz przydzieliła nam jeden pokój do zakwaterowania. Z sołtysem gawędziliśmy do późnej nocy na różne tematy i dowiedzieliśmy się, że jest on komendantem straży gorzelnianej. Mają przydzieloną broń do ochrony ludności polskiej i niemieckiej oraz gorzelni, bo jak się wyraził, tu jeszcze są maruderzy i bandy oraz szabrownicy, którzy napadają i kradną co się da; konie i krowy potrafią nocą uprowadzić. Broń mają przydzieloną od wójta z Dębołęki, który jest pełnomocnikiem rządu na gminę Dębołękę. Sołtys powiedział nam, że w gorzelni produkują spirytus a naczelnikiem gorzelni jest Jasiński, były powstaniec warszawski. Komendant straży gorzelnianej miał zastępcę, Franciszka Strzelczka, i do pomocy kilku młodych mężczyzn. Poinformowano nas, że jest tu Radziecka Komendantura Wojskowa, a w majątku stacjonuje pluton Wojska Polskiego, którego dowódcą jest kobieta. W gorzelni i w majątku pracują robotnicy niemieccy, oprzątają krowy i konie wojskowe, a żywią się w zbiorowej kuchni na terenie gospodarstwa.
  U sołtysa mieszkaliśmy od września 1945 do lutego 1946 r. Wspólnie z nim patrolowaliśmy okolice Lubna, bo czasy były jeszcze niespokojne. Pod koniec października spadł śnieg, ale potem było słonecznie i któregoś dnia z rana przybiegła wystraszona Niemka z miejscowości Omulno i powiedziała sołtysowi, że do jej domu wdarło się kilku nieznanych mężczyzn, którzy przeprowadzili u niej "rewizję" zabierając wartościowsze przedmioty. Sołtys zaprzągł kobyłę do sań, usadowił starą Niemkę na siedzeniu, zabrał 10 strzałowy karabin (tzw. "dziesiatoriatka") produkcji radzieckiej. Do mnie powiedział: "masz tu poniemiecką rakietnicę z dwoma nabojami długimi na spadochronach. Jakby co, to pal w górę, to ci w Lubnie zobaczą i przyjdą na pomoc". Polną droga dojechaliśmy do gospodarstwa koło majątku Omulno i rzeczywiście zobaczyliśmy, że są ślady na śniegu od domu w kierunku lasu. Sołtys, Marian Gogoła był odważny; niejedno w życiu przeszedł, szczególnie podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce. Kazał mi pilnować konia, a sam pobiegł za stodołę krzycząc: stój bo strzelam! Ale tamci uciekli. Na postrach wystrzelił w górę. Udaliśmy się w drogę powrotną. Niemce powiedział, że jeśli przyjdą znowu, to ma mu szybciej dać znać. Minął tydzień i Niemka ponownie przybiegła z płaczem i powiedziała, że w jej stodole jedni młócą zboże, a inni wyciągają silniki elektryczne i zabierają. Posiadają konia i jest ich czterech. Szybko pojechaliśmy saniami do jej zabudowań. wpadliśmy do stodoły i zobaczyliśmy dwóch mężczyzn, którzy na rozścielonym prześcieradle młócili pszenicę. Starszy młócił, a młodszy zbierał do worka wymłócone ziarno. Sołtys powiedział do mnie: "ty ich pilnuj, jak by co to strzelaj w tyłek, żeby nie uciekli. Ja gonie za tamtymi". I pobiegł strzelając za uciekającymi, którzy mieli trzy załadowane na wózek silniki. Szabrownicy odczepili konia od wózka, pozostawiając silniki elektryczne, a sami skoczyli na niego i przez pola uciekli w kierunku wsi Kłębowiec. Sołtys spisał tych, których ja pilnowałem w stodole z rakietnicą w ręku. Zezwolił im zabrać umłóconą pszenicę i zagroził "żebym więcej was ty nie widział". Tamci odeszli bardzo mu dziękując. Byli to szabrownicy z Deutsch Krone - tak się wówczas nazywał Wałcz. Silniki elektryczne zamontowane na wózkach kołowych przyczepiliśmy z tyłu do sań i zaciągnęliśmy na podwórko sołtysa. Po dwóch dniach sołtys odwiózł te silniki do gminy i oddał je za pokwitowaniem wójtowi w Dębołęce. Przyszła ostra zima 1945, mróz coraz większy, trzeba było się postarać o opał. Jeździliśmy do lasu po gałęziówkę i paliliśmy w piecach kaflowych tak, że spaliśmy w dobrze ogrzanym pokoju, a mrozy były siarczyste, temperatura spadała do -25 stopni. Mrozy dokuczały, a jeszcze do tego zachorował mój brat na zapalenie płuc. Lekarzy nie było, szpitale nieczynne, więc pozostała ciepła bielizna, okłady i 50 gram spirytusu dziennie "na rozgrzewkę". Sołtys jako komendant straży gorzelnianej otrzymywał miesięcznie 20 litrów "gorzelnianki". Kiedy raz poszedłem z nim po deputat do gorzelni, pokazał mi wartownię i broń ustawioną w pięknym okrągłym stojaku myśliwskim na 10 sztuk broni, wykonanym z jelenich rogów. Stały w tym stojaku: 1 fuzja,1 pepesza oraz 3 karabiny typu "mauzer". Po środku wartowni stał duży stół, w kącie leżanka, a obok stołu dwie duże ławy. Było tam dwóch wartowników, którzy rozpalali w piecu kaflowym węglem. Wówczas pierwszy raz w życiu zobaczyłem "aparaturę spirytusową". Napełniwszy spirytusem 20 litrową bańkę po mleku przywieźliśmy ją do domu. Zjedliśmy kolację i spirytus rozcieńczony z wodą wypiliśmy dla zdrowia i kurażu oraz lepszego snu. W środku mroźnej nocy ktoś zaczął gwałtownie dobijać się do drzwi. Dzieci się pobudziły, a było ich czworo w wieku 6 m-cy do 3 lat. Sołtys zmęczony twardo spał. Jego żona otworzyła drzwi i do domu wtargnęło trzech mężczyzn z bronią w ręku; pytali o sołtysa, twierdząc, że jest im bardzo potrzebny i kazali go obudzić. Sołtysowa obudziła męża. Jeden ze zbirów zaczął wymachiwać szablą nad głową sołtysa i kazał mu siadać na krześle przy stole. Ten z szablą był ubrany w mundur polskiego żołnierza i rozmawiał po rosyjsku. Z pozostałych jeden był ubrany po cywilnemu, drugi w skórzanej kurtce z dystynkcjami kapitana. Czapkę miał okrągłą z gwiazdą armii radzieckiej i pistolet "nagan". Krzyczał" dawaj orużie" (oddaj broń). Ten po cywilnemu trzymał pepeszę i stał spokojnie. Nagle kapitan odebrał pepeszę stojącemu kompanowi i nad głową sołtysa puścił z niej długą serię. Krzyk dzieci, dym, kurz z tynków, smród prochu z wystrzelonych naboi. Uchyliliśmy drzwi do sąsiedniego pokoju i wystawiliśmy 2 lufy karabinowe w kierunku bandziorów. Ci spostrzegli to i wycofali się na podwórze. Jeden z nich powiedział po rosyjsku, że odchodzą bo "u mienia uże patronów niet". Sołtys chwycił za swoją broń spod łóżka i wybiegł za nim strzelając w górę. Napastnicy zbiegli w kierunku, gdzie był poniemiecki majątek. Następnego dnia zameldował o tym do "starszyny" w Komendanturze Radzieckiej, która urządziła poszukiwania bez rezultatu. Następnego dnia sołtys zapytał nas, skąd mamy te "mauzery" co leżą pod leżanką. Brat mój, chociaż chory miał dobry pomysł. Znalazłszy karabiny schował je po leżankę "na wszelki wypadek" i w tym zagrożeniu przydały się nam. 5 marca 1946 r. przyjechała nasza rodzina do PUR w Wałczu. Sołtys swoim koniem pojechał do Wałcza i przywiózł ich razem z bagażami. Przydzielił nam domek jednorodzinny nr 5 w Lubnie. Przez wójta w Dębołęce załatwił niezbędne formalności i od tej chwili zaczęło się nam żyć trochę lepiej. Wiosną 1946 r. brak było mięsa, więc pożyczyłem psa od Mariana Gogoły i poszedłem do lasu na króliki. Wziąłem francuski karabin, 8 sztuk amunicji i dotarłem do majątku w lesie. Oddaliłem się od domu około 4 km, a przedtem nikomu nie powiedziałem gdzie idę. Po przejściu przez mająteczek szedłem dalej polaną leśną wzdłuż rzeczki Pilawki. Pies gdzieś mi się zawieruszył. Kiedy stanąłem obok małego wzniesienia zobaczyłem, że około 50 m za polaną, w zagajniku palą się dwa ogniska nad którymi wiszą kociołki do gotowania jedzenia a wokół kilku uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Przetarłem oczy nie wierząc im, ale widząc, że to nie zjawy zacząłem ich obserwować. Byli ubrani w panterki maskujące używane przez żołnierzy "Wehrmachtu" i zarośnięci. Było około dziewiątej rano, słońce dogrzewało, trawa na polanie była rudawa, śniegi dawno stopniały a oni mieli ubiory zimowe. Z jednej strony panterki były koloru białego i niektórzy byli ubrani na ta stronę koloru maskującego. Tak się wystraszyłem, że nie mogłem kroku zrobić, ani w przód ani w tył. Oprzytomniałem i ze strachu karabin schowałem pod kurtkę - i bez zwrotu w tył wycofałem się. Przy zabudowaniach dałem drapaka na całego i biegłem aż do Radzieckiej Komendantury Wojskowej, gdzie zameldowałem co trzeba starszynie. Następnie poszedłem do domu. Po jakimś czasie z Wałcza przyjechały dwa "ZISY" milicji i za Piecnikiem była strzelanina. Zabito tam wówczas jednego z bandytów w niemieckim mundurze. Świadkiem tego zdarzenia był Józef Demski, były pracownik SB w Wałczu. Opowiadał mi o tej akcji po latach. Niemiecki "żołnierz" miał jeden but okręcony drutem, bo mu się zelówka oderwała, a naszywki na mundurze miał "feldfebla". W tym czasie pełnił funkcję w trafostacji elektrycznej przy lesie koło Mirosławca członek ORMO Józef Kapera. Do tej trafostacji w nocy chcieli wtargnąć, chyba w celu dokonania sabotażu, jacyś osobnicy. Widział, że po schodach do piwnicy gdzie dyżurował, wchodzą ludzie w długich butach. Krzyknął "Stój bo strzelam" i po oddaniu strzału banda wycofała się do lasu. Powiadomił o tym telefonicznie Posterunek MO w Mirosławcu i Wałczu. Pomimo pościgu podjętego przez funkcjonariuszy MO i ORMO, banda uszła do lasu. W kwietniu 1946 roku wojsko przekazało majątek władzom cywilnym, które wyznaczyły na administratora Zielińskiego. Majątek otrzymał nazwę Państwowe Nieruchomości Ziemskie Zespół Łubno powiat Wałcz. Administracja zarządu, bo tak się to nazywało, miała siedzibę w majątku Łubno.
  Ja w owym czasie wspólnie z Janem Klupsiem, byłem zatrudniony jako robotnik sezonowy do pilnowania mienia majątku. Pilnowaliśmy na zmianę stogów ze zbożem w Łubnie i Piecniku i sam majątek Piecnik przed szabrownictwem i kradzieżą. Posiadaliśmy początkowo jedną pepeszę na dwóch, ale broń tę trzeba było zdać na Posterunku MO w Dębołęce komendantowi Chojce. Broń mógł posiadać jedynie zarządca majątku - i to broń długą, poniemiecką. Pozostali musieli broń zdać, zgodnie z zarządzeniem władz do końca roku 1946. W czerwcu przyjęto mnie do pracy na stanowisko pomocnika traktorzysty, a po kursie -na traktorzystę. Gorzelnie majątku zamknięto z powodu braku ziemniaków. Straż gorzelnianą rozwiązano, wartownicy przeszli do pracy w majątku. Trzeba było organizować nowe życie i prace w majątku. Brak było rąk do pracy i sprzętu rolniczego. Wojsko przekazało nam jeden ciągnik "lanz-buldog" na gumowych kołach i dwa ciągniki na kolcach. W majątku przeszkolono nas na traktorzystów i pomocników traktorzystów. W dzień pracowaliśmy w polu, a wieczorami uczyliśmy się. Trzeba było nadto jeździć w teren, wyszukiwać maszyny rolnicze i montować w majątkowym warsztacie, bo taki powstał. Remontu maszyn dokonywali niemieccy robotnicy pod naszym nadzorem; trafiały się sabotaże. Niejednokrotnie przy orce traktorami zdarzały się wypadki, bo coś nie było przykręcone, odpadały koła lub lemiesze. Jako 16 letni traktorzysta jeździłem w transporcie, a na pomocnika przydzielono mi Jana Klupsia. Do pracy przeładunkowej przydzielono nam dwóch b.niemieckich żołnierzy, jednego pilota z Piły a drugiego z Wehrmachtu. Byli to ludzie młodzi, zaledwie 19-20 lat, ale pracowali dobrze, niejednokrotnie po 16 godzin na dobę. Brak było przyczep traktorowych. Pod Chrząstkowem w rowie leżała przyczepa cyrkowa z budą, więc ją ciągnikiem przyholowałem. Stolarz Niemiec Omielewski obciął budę i już była gotowa przyczepa. Rozwoziliśmy nią węgiel ze stacji PKP w Wałczu po gorzelniach w miejscowościach Rudki, Lubowo, Motarzewo, Kłębowiec. Tu poznałem członka ORMO, Piotra Gregorowicza, który był palaczem w gorzelni, a późniejszych latach służył w MO
  Latem 1946 r. napływała na teren ludność z całej Polski oraz osadnicy zza Buga. Domy, które do tej pory stały puste, zaczęto zasiedlać i każdy jak mógł tak się zagospodarzył. Na polach i szosach stało dużo spalonych pojazdów; trzeba to było wszystko uprzątnąć z pól i łąk, bo ziemia musi rodzić. Brak było przyczep do transportu. Jeździliśmy pod Mirosławiec, na szosie stało 12 czołgów, odkręcaliśmy z tych rozbitych czołgów koła i przykręcaliśmy je do przyczep ciągnikowych - i tak się organizowało życie i nowy transport w rolnictwie. Przy drogach leżały w rowach poniemieckie ciągniki, które "lebiotkami" wciągaliśmy na przyczepy i przywoziliśmy do naszych warsztatów naprawczych. Z trzech ciągników składaliśmy jeden "na chodzie". Pamiętam, jaka to była radość, kiedy znaleźliśmy ciągnik "lanz-buldog" na gąsienicach 55 "PS". Ciągnik był pomalowany na żółto, jak ciągnik wojskowy "Wehrmachtu", siedzenie na dwie osoby; zapłon na benzynę i przełącznik na ropę. Mógł ciągnąc 5 skibowy pług, bardzo często używano go do młócki. Jeździł nim Stanisław Płowiak. W czasie jego urlopu miałem zaszczyt i ja nim 12 dni pojeździć, a nawet zrobiono nam wówczas zdjęcia, gdyśmy orali pole w Lubnie. Pierwszy jechał ciągnik na gąsienicach, a za nim 3 lanz-buldogi na kolcach. Jesienią otrzymaliśmy nowe ciągniki amerykańskie na naftę, w darze, jak to się mówiło, z "UNRRA". Były to ciągniki szybkie, ale bardzo słabe, bo tylko dwie skiby na raz mogły orać. Używaliśmy ich do lekkiej pracy w polu i w transporcie.
  Przy Posterunku MO w Dębołęce powstała organizacja zwana "Przysposobienie Wojskowe". Uczono nas posługiwania się bronią, strzelania oraz musztry wojskowej. Ćwiczenia przeprowadzał komendant z Dębołęki. Wyposażono nas w karabiny francuskie z pierwszej wojny światowej. W Lubnie było nas zrzeszonych około 20 chłopaków, przeważnie traktorzystów. Mmieliśmy własną wiejska kapelę; harmonię, skrzypce i bęben. Jesienią 1946 roku przyszło zarządzenie o przesiedleniu ludności niemieckiej za Odrę. Woziłem ich na kolej w Wałczu. Zima 1946-47 roku była bardzo mroźna; brak opału, gorzelnie niektóre z tego powodu nie pracowały. W parku w Lubnie ścinaliśmy świerki i sosny na opał dla ludzi mieszkających w majątku. Wojsko z majątku wyjechało, jedynie w Górnicy i Karsiborze pozostali żołnierze w pałacu na kwaterach. Później ich zdemobilizowano i część z nich przeszła do pracy w tych majątkach, a część wyjechała.
  Wiosną 1947 r., kiedy wysiedliliśmy pozostałych Niemców, nadeszły transporty z ludnością ukraińską z Bieszczad, z akcji "W". Ludzie posiadali dużo broni. Milicja na dworcu kolejowym w Wałczu robiła przeszukania, znajdując w końskich korytach (żłobach) - z podwójnym dnem - porozbierane karabiny, a w workach ze zbożem amunicję i pistolety. Przy każdym transporcie na ciągniku jeździł z traktorzystą milicjant. PGR zapewniły transport. Ja byłem przydzielony do tej ekipy i ciągnikiem rozwoziłem dwoma przyczepami te ludność do miejscowości Budy, Mirosławiec, Wołowe Lasy, Mielencin, Miłogoszcz, Zdbice i Nadarzyce. Trudno się było z nimi dogadać bo mówili po ukraińsku. Co ciekawe - między nimi nie było młodzieży, tylko sami starcy. Jak się później okazało, to w czasie akcji "W" w Bieszczadach każdą osobę, która należała do UPA zatrzymywano tam na miejscu na przesłuchania i dopiero później przyjeżdżali do swoich rodziców. Akcja "W" trwała latem 1947 r. przez okres około dwóch miesięcy. Pamiętam, że między ludnością polską a ukraińską powstały antagonizmy w niektórych miejscowościach, ale z biegiem lat te sprawy się unormowały.
  W 1948 roku "Przysposobienie Wojskowe" przekształciło się w organizację "Służba Polsce". Umundurowano nas na wzór wojskowy i dwa wagony naszych na stacji PKP w Wałczu doczepiono do transportu, którym jechała szczecińska Brygada SP do Warszawy celem jej odbudowy. Do Warszawy dojechaliśmy szczęśliwie. Stolica leżała cała w gruzach, aż serce ściskało. My ze szczecińskiej Brygady SP przez miesiąc pracowaliśmy przy odgruzowaniu Starego Miasta. Spaliśmy w namiotach nad Wisłą, po wodę chodziliśmy z kotłami na Cytadelę. Ja trzymałem się mego kolegi, Jana Klupsia, ponieważ był trochę starszy ode mnie i był dowódcą drużyny. Dziennie trzeba było wypracować 130 procent normy, a niektórzy wypracowywali 138. Tych umieszczano na tablicy przodowników pracy Brygady Socjalistycznej. Po powrocie z Warszawy do Wałcza przeszliśmy do pracy w rolnictwie, w zespole PNZ Łubno. Latem 1948 r. wstąpiłem do PPR, a mój kolega do PPS. Nasza komórka PPR liczyła wówczas przy zespole PNZ 24 członków, a PPS 19 członków. Do partii przyjmowano najlepszych pracowników: traktorzystów, mechaników, robotników; do PPS przyjmowano pracowników biurowych i robotników. Legitymację PPR trzymałem w domu, bo trafiały się przypadki, że bandyci reakcyjnego podziemia, kiedy złapali na drodze PPR-owca, to kazali mu legitymacje zjeść. Byłem przodującym traktorzystą, nie bałem się niczego jeździłem w transporcie ciągnikiem po całym powiecie wałeckim. Rozładowaliśmy na stacji PKP Wałcz-Raduń wagony z węglem i nawozami sztucznymi. Zawiadowca tej stacji był Chlebowski, który z opaską biało-czerwoną i z mauzerem na ramieniu pilnował dzień i noc dworca kolejowego. Był on członkiem ORMO. Traktorzyści z PNZ musieli raz w tygodniu pełnić wartę przy pilnowaniu majątkowych stogów ze zbożem bo trafiały się przypadki sabotażu. Podpalano nie tylko stogi, ale i pełne stodoły. Niejednokrotnie trafiały się przypadki, że z obory komuś krowę w nocy skradziono. Taki przypadek miał miejsce w Łubnie, gdzie osadnikowi wojskowemu w nocy skradziono cztery młode jałówki. Grasowały bandy rabunkowe i watahy szabrowników, ginęły maszyny rolnicze a nawet ciągniki. W naszym majątku państwowym wzmocniono nocne warty, zamykano na noc bramy. Jeden stróż pilnował bram, a drugi uprzęży konnej w oborze, bo i konie i uprząż ginęła.
  Kiedy dokonano w Polsce wymiany pieniędzy, do majątku Łubno przyjęto nowego kasjera,z którym pojechałem do banku w Wałczu po nową gotówkę na wypłatę dla pracowników PGR Łubno. Samochód poniemiecki, bo takim jeździłem, zaparkowałem przy placu ZWM i czekałem na kasjera. Oo wieczora nie mogłem się na niego doczekać. Zgłosiłem do PUBP przy ul. Żymierskiego, że mi kasjer z gotówką zginął. Na dyżurce byli funkcjonariusze UB Antowiak i Nalepa, którzy kazali mi jechać do domu i zameldować o tym "panu administratorowi" Tarnowskiemu. Na drugi dzień kasjera zatrzymano u jego kochanki w Wałczu przy ul. Warszawskiej i osadzono w areszcie. Jak się później okazało, część pieniędzy zdążył przepić; resztę odzyskano. W latach 1950-51 grasowała w okolicy banda rozbójników, złożona z ludzi, którzy przyjechali do "pracy" w PGR Jabłonkowo. Składała się z sześciu młodych osób. Meldowałem komendantowi Posterunku MO w Dębołęce, że ci ludzie jeżdżą majątkowym konnym wozem po zabawach i bez dania racji bija traktorzystów. Pamiętam wybryk, jaki miał miejsce w Łubnie. Na zabawie pobili wówczas traktorzystę Józefa Szatkowskiego, Józefa Górniewicza i Kazimierza Wiśniewskiego. Bandyci do rozboju używali prętów stalowych i noży. Funkcjonariusze MO z Dębołęki latem 1951 roku zlikwidowali tę bandę. W Łubnie przepracowałem do roku 1959 jako traktorzysta ,a później jako kierowca samochodowy. Na wskutek rozwiązania zespołów PGR, służbowo przeniosłem się do pracy w Wałczu. Do pracy społecznej ponownie włączyłem się w 1962 roku przy komendzie Powiatowej MO, a w roku 1963 otrzymałem legitymację ORMO. Zaczynałem pracę w ORMO od dowódcy drużyny do dowódcy plutonu, a później byłem komendantem jednostki miejskiej ORMO i dowódcą Oddziału Zwartego ORMO (1970-1982r.). W stanie wojennym byliśmy skoszarowani i pełniliśmy służbę jako pluton Oddziału Zwartego ORMO dzień i noc. Była to ciężka służba. W "trzaskający mróz" – 25 stopni - pełniliśmy służbę patrolową po 12 godzin na zmianę, ale ład i porządek na terenie naszego miasta Wałcz utrzymywaliśmy wzorowo. Członkowie ORMO wspólnie z funkcjonariuszami MO wyłapywali "malarzy ścian", którzy malowali hasła antypaństwowe oraz ulotkarzy, którzy wkładali do skrzynek listowych-domowych, ulotki antypaństwowe.

Zebrał: dr Przemysław Bartosik

Dodano: 23-01-2018

Z wizytą w Toruniu

  Dnia 18 stycznia 2018 r. członkowie RTHZW przebywali w Toruniu w celach naukowych.

Dodano: 18-01-2018

Nowy skład Zarządu RTHZW

  Dnia 16 stycznia 2018 r. został wybrany nowy zarząd Towarzystwa Regionalnego. W jego skład wchodzą: dr Przemysław Bartosik – prezes, mgr Jarosław Lemański – wiceprezes, Robert Kraszczuk – sekretarz, dr Bogusław Gałka – członek, mgr Jarosław Leszczełowski – członek, mgr Sebastian Ławniczak – członek.

Dodano: 16-01-2018

Fides, Ratio et Patria. Studia Toruńskie Nr 7

  Ukazał się 7 tom "Studiów Toruńskich", w którym znalazły się m.in. artykuły autorstwa dr. Przemysława Bartosika pt. "Działalność Urzędu Bezpieczeństwa wobec byłych członków wileńskiej Armii Krajowej w powiecie wałeckim w latach 1947-1952" oraz dr. Bogusława Gałki pt. "Patriotyzm w myśli politycznej Jana Bobrzyńskiego". Publikacja liczy 302 strony.

Dodano: 12-01-2018

Wyzwolenie czy nowa okupacja ?

  20 stycznia 2006 r. w Kolegium Europejskim w Gnieźnie odbyła się zorganizowana przez Radę Miasta naukowa debata pt.: Wyzwolenie czy początek nowej okupacji ? Wzięli w niej udział arcybiskup gnieźnieński Henryk Muszyński, profesorowie historii z UAM i IPN, parlamentarzyści, burmistrzowie, radni, nauczyciele i studenci oraz działacze partii politycznych. Profesorowie-historycy w publicznej, transmitowanej przez TV debacie stwierdzili, że wejście wojsk radzieckich do Polski było początkiem nowej okupacji, co nie spodobało się ...radnym i działaczom miejscowego SLD. Była to jedna z wielu dyskusji, które toczyły się i toczą dalej w sprawie “wyzwolenia” Polski w latach 1944/45. Nie ma bowiem zgody co do oceny 50-letniej obecności wojsk radzieckich na terytorium Polski i skutków tej obecności. Nie ma zgody mimo tego, że od dawna wiadomo iż Niemcy i Sowieci - już w 1939 roku byli w stosunku do Polski agresorami a stanu wojny po wkroczeniu Armii Czerwonej 17 września 1939 r. formalnie nie zakończono do dzisiaj.
  Dyskusjom a nawet publicznym sporom towarzyszy atmosfera oczekiwanego przez społeczeństwo odkłamywania przeszłości. Wobec wielu znanych faktów z historii zdumiewa stanowisko lewicy, gdyż głównie to postkomunistyczne środowisko broni obchodów święta wyzwolenia miast uważając, że Armii Czerwonej należy się hołd i wdzięczność po wsze czasy. Inni uważają, że wprawdzie wyzwoliła ale po to, aby wejść w rolę nowego okupanta, okupanta brunatnego zastąpił czerwony. Taka jest opinia kręgów prawicowych i patriotycznych których przekonują nie tyle polityczne co historyczne racje i odpowiedzi na pytania: wyzwolenie czy okupacja ? Póki co - w gminach, gdzie władzę sprawują postkomuniści rocznice to ważne wydarzenia propagandowe. Nie bacząc, że czyni się tak z pobudek politycznych na baczność stawia się szkoły i poczty sztandarowe, zamawia wieńce i kwiaty, mobilizuje wojskowe orkiestry, wywiesza flagi czy wygłasza czołobitne przemówienia nie widząc, że przy okazji łamie się sumienia inaczej myślącym. Wydaje się nieraz, że brakuje tylko na takich uroczystościach jak kiedyś - delegacji radzieckiego garnizonu wojskowego.
  Warto by więc przypomnieć dorosłym, a młodzieży przekazać fakty, które zakończyły się nie tylko militarnym wyzwoleniem, ale późniejszym zniewoleniem. W sierpniu 1941 r. Stalin podjął decyzję o utworzeniu w Polsce nowej partii pod nazwą: Polska Partia Robotnicza, wydał też polecenie budowy nowych, partyjnych struktur w Polsce. Pełnomocnictwa do utworzenia kierownictwa partii otrzymali członkowie grup dywersyjnych - tzw. grup inicjatywnych, wyszkolonych przez radzieckie służby specjalne i opłacanych przez Komintern - międzynarodówkę komunistyczną. Zrzuceni oni byli na spadochronach w różnych miejscach na ziemiach okupowanej Polski. Dowódcą grupy wysłanej do Warszawy był Marceli Nowotko, działacz WKPb i urzędnik administracji radzieckiej na polskich ziemiach okupowanych po 17 września 1939 r.
  Pierwszą taką grupę zrzucono w grudniu 1941 r. w rejonie na wschód od Warszawy. Nawiązali oni kontakt z osobami związanymi przed wojną z działalnością sowieckiego wywiadu. Spotkanie organizacyjne odbyło się już 5 stycznia 1942 r. a uczestniczyli w nim również członkowie kilku rozproszonych środowisk komunistycznych z Warszawy i okolicy, którzy opowiadali się przed wojną za rozszerzeniem państwa radzieckiego na wszystkie ziemie polskie. Poglądy ich środowiska najlepiej odzwierciedla wydana w lutym 1941 r. odezwa programowa w której można wyczytać, że “...działalność i taktyka prowadzą zdecydowanie i konsekwentnie do zwycięstwa Międzynarodowej Rewolucji Proletariackiej. ”(...)...Polska Republika Radziecka wejdzie w skład Międzynarodowej Republiki Radzieckiej.”(...)”Niech żyje Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich!” Nie ma więc najmniejszej wątpliwości, że miała zamiary polityczne pozbawienia Polski państwowej suwerenności i podporządkowania jej ZSRR.
  Warszawskie spotkanie było więc spotkaniem założycielskim nowej partii gdzie przekazano wytyczne co do taktyki politycznej PPR, informację o składzie władz, opublikowano gotową już, przywiezioną z Moskwy odezwę programową PPR: ”Do robotników, chłopów i inteligencji, do wszystkich patriotów polskich”, a zgodnie z decyzją Stalina na czele PPR stanął Marceli Nowotko. Utworzono też Gwardię Ludową jako zbrojne ramię PPR a najważniejsze decyzje dotyczące PPR i GL podejmował Stalin osobiście. Przez cały okres działania najpierw GL a potem od 1944 r. Armia Ludowa podlegała ośrodkom dowódczym ZSRR, które podejmowało decyzje organizacyjne i personalne, dostarczało instrukcje, zaopatrzenie i broń oraz środki finansowe. Mimo, że odwoływano się do narodowych haseł propagandowych ani GL ani też AL nigdy nie były częścią sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego. Przeciwnie - prowadziły działania konfrontacyjne i bratobójczą walkę z siłami patriotycznymi, robiły próby-nieudawane zresztą-przenikania do struktur legalnego, posiadającego własny Rząd w Londynie Polskiego Państwa Podziemnego. GL i AL czyniły więc wiele działań wymierzonych w podziemie niepodległościowe nie stroniąc od denuncjacji komórek konspiracyjnych u Niemców, czy prowadząc z Niemcami wspólne akcje. Przykładem może być tu operacja rozbicia archiwum Wydziału Bezpieczeństwa Delegatury Rządu, ofertę rozbicia archiwum i podzielenia się odpowiednimi dokumentami zrealizowali w lutym 1944 członkowie bojówki PPR i Gestapo, wspólnie dokonali napadu na archiwum. Gestapo wzięło materiały antyniemieckie a drugą część dotyczącą polskiego podziemia PPR przekazała niezwłocznie do Moskwy.
  Po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Polską, po śmierci gen. Wł.Sikorskiego, PPR rozpoczęła przygotowania do budowy stalinowskich ośrodków władzy w Polsce. Inwigilacja wywiadowcza struktur Polskiego Państwa Podziemnego i zdobycie archiwum miało służyć przygotowaniom do likwidacji już utworzonej w podziemiu patriotycznym legalnej polskiej administracji po zajęciu kraju przez ZSRR i zastąpienia jej własną władzą komunistyczną. Hasła narodowo-wyzwoleńcze PPR były kamuflażem, który skrywał rzeczywiste zamiary Kominternu a przygotowywali się do modelu Polski jako republiki bezpośrednio wchodzącej w skład ZSRR, republiki sowieckiej.
  I tak się stało, w latach 1944/45 pod osłoną militarną i polityczną sowieckich wojsk budowano struktury władzy zdominowane przez PPR a terror i represje w stosunku do podziemia niepodległościowego spacyfikowały w całości polskie społeczeństwo. Nastąpiło to ostatecznie po sfałszowanych wyborach w styczniu 1947 r. a droga do systemu totalitarnego była otwarta. Polityka spalonej ziemi prowadzona była przy “wyzwalaniu” kolejnych dzielnic Polski. Dochodziło do fizycznego niszczenie miast, grabieży i gwałtów, wywożenia na wschód całych linii technologicznych fabryk a oprócz typowych dla wojny grabieży osób cywilnych dochodziło do przestępstw politycznych w których dominowało nadzorowane przez NKWD polskie UB. To właśnie wtedy zniszczono ogromną infrastrukturę miast, strzelano z armat do obiektów zabytkowych i muzeów, kościołów, zamków i pałaców, niszczono po wywiezieniu sprzętu strukturę fabryk, rozstrzeliwano cywilów. Zniszczenia szczególnie dotknęły “germańskie” Ziemie Zachodnie i Północne. Optujący za obchodami “wyzwolenia” politycy lewicy powinni uderzyć się w piersi i przypomnieć młodym ludziom, jak wyglądałyby po wojnie miasta w naszej okolicy jak Piła, Wałcz, Człopa, Szczecinek czy Kołobrzeg, których zabudowa w większości została już po zakończeniu działań wojennych zniszczona przez Rosjan gdyby nie działania owych, często pijanych “wyzwolicieli”.
  Na powojenny użytek propagandy tworzono powszechny mit “wyzwolenia” i “wyzwolicieli” a do roku 1989 nikt nie mógł tym kłamstwom zaprzeczyć. Fałszem jest np. wyzwolenie Warszawy 17 stycznia 1945 r. Dziś powszechnie wiadomo, że Rosjanie Warszawy nie wyzwalali a ten rzekomy fakt opisany był nawet w szkolnych podręcznikach. Na internetowej stronie warszawskiego Urzędu Miasta czytamy: ”Rosjanie wkroczyli do lewobrzeżnej Warszawy 17 stycznia 1945 r. Za nimi do zrujnowanego (w wyniku Powstania Warszawskiego!) i opustoszałego miasta przeniosły się proradzieckie władze polskie.”(...)”... represje NKWD i aparatu bezpieczeństwa uniemożliwiały powrót wielu żołnierzom AK.” Wielkim propagandowym mitem czy też oszustwem było “zdobycie” Krakowa w wyniku tzw. manewru marszałka Koniewa. Okazało się, że to Kardynał Adam Książę Sapiaha w wyniku zabiegów dyplomatycznych wymusił na Aliantach i Stalinie rezygnację z ostrzeliwania Krakowa i Częstochowy w wojennych działaniach i po ich zakończeniu. Podobnie było np. z wyzwoleniem Gniezna. 21 stycznia 1945 r. Niemców już w Gnieźnie nie było, nie było żadnych strzałów. Ale nie było do kogo strzelać, więc strzelano z dział do katedralnych wież które spłonęły, przy okazji zniszczono dach nad główną nawą. Tak została zniszczona katedra, jeden z najcenniejszych polskich zabytków, która jako koncertowa sala przetrwała całą okupację. Odbudowa trwała potem kilkadziesiąt lat.
  Oczywiście w czasie wyzwoleńczych uroczystości dalej prowadzono propagandę “wyzwolenia”, taką samą jak na uroczystościach z okazji 1-Maja, 22-Lipca czy rocznicy rewolucji październikowej. W protokóle nr 4/70 z dnia 18.02.1970 r. z posiedzenia egzekutywy KP PZPR z troską pisano, że wałeckie obchody dnia wyzwolenia:”...wniosły sobą poważny kapitał polityczny, powiązania były tematyczne i aktualne. Swoją rolę spełniło również zorganizowane sympozjum,...” i dalej:”... zbyt mało było młodzieży szkół średnich, ...”, “... za obszerna była część artystyczna, za mało wzięło udział w uroczystej sesji kierowników i dyrektorów zakładów pracy.”
  Wiele środowisk w wielu miastach czy gminach nie chce już uczestniczyć w propagandowych, organizowanych przez lewicowych samorządowców obchodach, ludzie mają dość obłudy. Kilka lat temu lewicowy prezydent m.Krakowa na uroczystość uczczenia wyzwolenia miasta zaprosił siedem najstarszych krakowskich szkół. Ale nauczyciele z krakowskich liceów wypowiedzieli się publicznie w “Gazecie Krakowskiej”, że:”...sowiecka armia połowie Europy przyniosła półwiekową niewolę, a nie wyzwolenie, zaś rocznica tego faktu była świętem komunistycznej dyktatury, a nie świętem polskiej młodzieży.” W innym liście otwartym działacze środowisk prawicowych napisali, że: ”...dzisiaj znowu pod patronatem lewicowego prezydenta wracają upiory przeszłości.”. Skończyło się na złożeniu przez prezydenta miasta kwiatów pod pomnikiem pomordowanych na terenie byłego obozu koncentracyjnego Kraków-Płaszów. W wielu miastach organizuje się konferencje czy publiczne dyskusje na temat kontrowersyjnego “wyzwolenia” czy początku zniewolenia jak np. wyżej cytowana konferencja w Gnieźnie. Na internetowej stronie w Legnicy pojawiły się głosy sprzeciwu wobec fałszowania przez władze samorządowe miasta historii. Są miasta, w których postanowiono nie organizować żadnych uroczystości np. w Tarnowie. W Poznaniu np. walki zbrojne zakończyły się 17 lutego 1945 r. ale czci się rocznicę zdobycia Cytadeli-Festung Posen, w którym zginęły setki cywilnych poznaniaków zmuszonych przez Rosjan do zakopywania głębokich fos okalających Cytadelę.
  A jak mimo przytłaczających i kompromitujących faktów zachowywać się będą burmistrzowie i prezydenci z Zachodniej i Północnej Polski, które najbardziej jako ziemie poniemieckie ucierpiały od rosyjskiej powojennej pacyfikacji? Czy 3 marca władze i mieszkańcy Świdwina świętować będą rocznicę “wyzwolenia” w spalonym przez Rosjan i odbudowanym potem zamku? Czy świętować będą byli żołnierze legalnego Polskiego Państwa Podziemnego? Wielu kombatantów w kraju i za granicą czci rocznicę zakończenia walk. Nie można jednak porównywać wyzwolenia np. miast belgijskich czy holenderskich przez dywizję gen. Maczka z wyzwoleniem wielu polskich miast. W roku 1993 jako radny Rady Miasta Wałcza zgłosiłem przyjętą ze zrozumieniem uchwałę o zmianie nazwy kilku ulic wałeckich, m.in. Zwycięstwa Wojska Polskiego na bezpretensjonalną nazwę: Wojska Polskiego. Już wtedy tak jak wielu Polaków miałem wątpliwości, czy dowodzone przez Rosjan Wojsko Polskie odniosło zwycięstwo i przyniosło wyzwolenie, czy też ich męstwo zostało wykorzystane dla całkiem innego zwycięstwa-zwycięstwa zniewolenia Narodu Polskiego.
  Nie mam nic przeciwko-a nawet uważam, że należy dozgonnie czcić pamięć poległych żołnierzy podczas walk na terytorium Polski i nie tylko. Podobnie pamięć poległych żołnierzy polskich, jak żołnierzy Armii Czerwonej czy Niemców którzy oszukani przez nieludzkie ideologie ponieśli najwyższą cenę. Należy jednak zadać pytanie, czy istnieją przesłanki do oficjalnego, instytucjalnego obchodzenia rocznic wyzwolenia polskich miast i wsi. Jak zakończyć spory-czy wejście (i pozostanie!) Armii Czerwonej było radosnym wyzwoleniem czy-równocześnie-kolejnej, po niemieckiej-radzieckiej okupacji? I jaki mieć oficjalny stosunek do owego “wyzwolenia” i poległych “wyzwolicieli”. Najlepiej by się stało, gdyby żadna polska władza nie była organizatorem rocznicy takiego kontrowersyjnego wyzwolenia. Niech to robią dla siebie ci wszyscy, którzy uważają, że tak trzeba. Można im co najwyżej dopomóc, jak każdemu, kto zgłasza się z jakąś społeczną, środowiskową inicjatywą. Czy Niemcy świętują rocznice wyzwolenia swoich miast przez Amerykanów? Rolą historyków, polityków, pedagogów czy publicystów, ludzi pozbawionych uprzedzeń powinno być uznanie, która z wersji wydarzeń jest właściwa i która może być upowszechniona w mediach, publikacjach czy szkolnych podręcznikach. Taka powinna też być polityka informacyjna Państwa w tym zakresie. Natomiast pamięć o zmarłych, też i tych poległych z różnych narodowości żołnierzy w walkach o Polskę okazujemy przy różnych okazjach. Odwiedzamy groby przy okazji Wszystkich Świętych, hołd poległym żołnierzom polskim okazujemy w Dniu Wojska Polskiego, wszystkim poległym w rocznicę Dnia Zwycięstwa, chociaż nas Rosjanie do berlińskiej parady nie dopuścili a nasza satysfakcja z pobicia wroga na wielu bitewnych polach nie mogła być pełna. I to wystarczy ! Nie świętujemy innych PRL-owskich świąt, czy więc ostatni relikt jaki pozostał, “święto wyzwolenia” musi być okazją by okazywać wdzięczność Armii Czerwonej za wyzwolenia spod jarzma równie zbrodniczego jak system komunistyczny-hitleryzmu? Podarujmy sobie!
  Zwolennikom tezy o wyzwoleniu Polski przez czerwonoarmistów ani nie można nakazać myśleć inaczej, ani nie można zakazać manifestowania ich przekonań. Co najwyżej można próbować ich przekonać do jakiegoś poglądu który odzwierciedlałby polską rację stanu. A jeśli chcą tak, i odczuwają wewnętrzną potrzebę to niech w dniu zaprzestania walk w skupieniu złożą hołd poległym na cmentarzach. A wielu decydentów, politycznie wykorzystując swoją nadrzędność niech nie zmusza innych, szczególnie młodzież do łamania przekonań i sumień, niech udział w tego typu uroczystościach będzie indywidualną potrzebą sumienia a nie nieuczciwym, w imię własnych politycznych celów-nakazanym obowiązkiem.

Wojciech Kulesza

Dodano: 10-01-2018

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  59  60  61  62  63  64  65  66  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: