Aktualności:

O najstarszych miastach i zamkach ziemi wałeckiej

  Najstarszy opis regionu wałeckiego zawdzięczamy wyprawie Ottona bamberskiego do Pomeranii. XVIII-wieczny historyk, Jan Ignacy Bocheński w „Historii Kościoła Parafialnego w Wałczu” zanotował: „...Ów Otto wszedł na swą drogę apostolską w roku 1124, (…) by szerzyć wiarę chrześcijańską wśród Pomorzan, barbarzyńskich dotąd czcicieli bożków pogańskich. Miejscem z którego wyszedł, było Gniezno, skąd idąc w kierunku Noteci, (…), do grodu Uzda albo Ujście, później skierował swą drogę ku pomorskiemu miastu Pyrzyce. Gdy opuścił gród Ujście, wkroczył najpierw do dzikiej i strasznej puszczy, a przestrzeń jej musiał przebywać siedem dni...”. Owa „straszna puszcza” nie była niczym innym, jak dzisiejszą ziemią wałecką. Nie sposób dokładnie określić, kiedy na tym gęsto zalesionym terenie zamieszkali pierwsi osadnicy. Wiadomo jedynie, że ziemie te przez długi czas pozostawały niezamieszkałe.
  W XII w. okolice ziemi wałeckiej zostały podbite przez panów wielkopolskich i włączone w jej granice. Próby kolonizacji tych terenów podjął książę wielkopolski Władysław Odonic, oddając w 1238 r. 3.000 łanów w okolicy jeziora bytyńskiego cystersom z Lubiąża. Ślady nadań książęcych pochodzą jednak dopiero z czasów Przemysła II. W początkach XIV w. teren wałecczyzny został zajęty przez Brandenburczyków. Ziemia wałecka, zagarnięta przez margrabiów brandenburskich, utrzymała się w ich posiadaniu blisko 70 lat, toteż rezultaty zasiedlania omawianego obszaru ludnością niemiecką były większe i trwalsze niż w pozostałych rejonach północno-zachodniego pogranicza Wielkopolski. W trakcie tej akcji osadniczej do największego znaczenia w ziemi wałeckiej doszły dwa rody niemieckie – Wedlowie i Golczowie. W posiadaniu Wedlów, rozrodzonych licznie również w Nowej Marchii i na Pomorzu Zachodnim, już w połowie XIV wieku znajdowała się północno-zachodnia część późniejszego powiatu wałeckiego.
  Pojęcie „ziemia wałecka” występuje w nowożytnej literaturze historycznej, przy czym nie wiadomo, co wówczas oznaczało. W XIV–XV wieku dla tego obszaru funkcjonowało w źródłach pojęcie „Heyde” – nie tyle „puszcza”, ile „pustkowie” (łac. desertum). W 1406 roku, czyli w okresie aktywności Polski dla przywrócenia kontroli nad ziemią wałecką i w ogóle ziemiami zanoteckimi, zdaniem strony krzyżackiej polskie roszczenia obejmowały Pustkowia Wedelskie (inaczej Wedelszczyznę), aż po posiadłości krzyżackie na Pomorzu Wschodnim, zwane już Prusami. Stosowane w XIV–XV wieku określenie „Pustkowie” (Wedelskie) oznacza więc wielki obszar między górną Drawą i górną Gwdą.
  Z miast ziemi wałeckiej najstarszą metrykę posiada Człopa, choć niepotwierdzoną solidnym materiałem źródłowym. Już w 1232 r. pojawia się Slopanowo, w 1245 r. oppidum Szlopa, natomiast w 1249 r. Slopa. Nie można się zgodzić z ustaleniami Zbyszka Górczaka (Najstarsze lokacje miejskie w Wielkopolsce do 1314 r.), że Człopa otrzymała lokację w latach 1333-1370. Jan Ignacy Bocheński tak napisał: „(…) miasto najstarsze ze wszystkich, które znam na tych ziemiach. (…) tam był najstarszy gród, po którym nie istnieją ślady, jednak są wskazywane dwa miejsca, w których miał się on znajdować”. Kształt przestrzenny, jaki otrzymała Człopa w wyniku lokacji, był zbliżony do prostokąta, o stosunku boków 2+3, o regularnej sieci ulic dzielących całość na 6 bloków, z których południowo–zachodni został wydzielony jako rynek. Stycznie do zachodniej pierzei rynkowej, wzdłuż osi północ–południe układu zabudowy, został poprowadzony ruch tranzytowy przez miasto. W najbliższej okolicy zabudowań znajdował się zamek.
  W publikacji autorstwa Sławomira Łozowskiego (Człopa. Okruchy dziejów. Okolice. Legendy) brak informacji o zamku. Opracowania niemieckie również milczą na ten temat. Na podstawie wzmianek historycznych oraz osobistej penetracji w terenie, autor referatu przyjmuje, że istniał w średniowieczu na terenie Człopy zamek rycerski. Wielu historyków błędnie identyfikuje zamek z zachowanymi resztkami grodziska, które było prawdopodobnie siedzibą legendarnego władcy Dzierżykraja. Pozostałości grodu znajdują się w okolicy rzeki Cieszynki (w średniowieczu Słopicy), w odległości 2 km od miasta. Tereny wokół Człopy były zagrożone w XIII w. ekspansją brandenburską. M.in. z tego powodu rodzina Nałęczów-Czarnkowskich postanowiła zbudować w mieście budowlę obronną. Zamek postawiono z drewna. Na lokalizację wybrano naturalne wzniesienie, znajdujące się kilkadziesiąt metrów od ówczesnych obwarowań miasta. Było to miejsce trudno dostępne wśród podmokłych łąk. W podobny sposób zbudowano zamek w Wałczu, odległość do centrum miasta była jednak większa.
  Przekazy źródłowe podają, że do początku XV w. Człopa stanowiła ważny pod względem militarnym i komunikacyjnym gród na włościach rodu Czarnkowskich. Ród ten miał utrzymywać w mieście załogę zbrojną (ok. 300 osób). Człopę prawdopodobnie wzmocniono solidnymi wałami obronnymi z częstokołem i dwoma kasztelami. Do końca XVIII w. ślady po owych umocnieniach (wałach) były ponoć jeszcze wyraźnie widoczne. Według Słownika Geograficznego z XIX w., w mieście były dwa zamczyska – „jedno naprzeciw kościoła katolickiego, drugie nieco za miastem. Oba zupełnie z murów ogołocone”. Wydaje się, że zamek za miastem to wspomniany gród Dzierżykraja. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że drugi zamek znajdował się naprzeciw kościoła katolickiego (chodzi o drewniany kościół p.w. św. Wojciecha, wzniesiony w Człopie na przełomie XI/XII w. za Piastów). Informacja zaczerpnięta ze Słownika nie przekonuje, iż obiekt zbudowano w centrum dawnej Człopy naprzeciwko kościoła. Należy pamiętać, że na miejsce lokacji miasta wybrano prostokątną przestrzeń leżącą w dole. Zamek w takich warunkach nie mógł zatem odgrywać jakiegokolwiek znaczenia militarnego. Naprzeciw miejsca, w którym znajdował się kościół p.w. św. Wojciecha, nie ma żadnego naturalnego wzniesienia ani pozostałości sztucznego. Nie wiadomo, czy obwarowania miejskie obejmowały fragment drogi przechodzącej przez miasto oraz wspomniany kościół, znajdujący się po drugiej stronie miejsca lokowania. Można przyjąć, że Człopa posiadała w XIV w. dwie bramy wjazdowe, jednak nie wiadomo dokładnie, w którym miejscu mogły się one znajdować.
  W latach 1416-1419 trwał konflikt między właścicielami Człopy – Czarnkowskimi, a Wedlami z Drawna. Wydaje się, że zamek w Człopie nie odgrywał w tym czasie poważniejszej roli. Prawdopodobnie nie został już odbudowany, chociaż jak wynika z dokumentów, w 1458 r. Człopa miała dostarczyć 4 żołnierzy (pieszych) na wyprawę zbrojną do Malborka. Tak więc w mieście mogła znajdować się jeszcze twierdza obronna. Z czasem została ponownie zdobyta i doszczętnie zniszczona. Przez kogo? Tego nie wiemy. Stabilizację w Człopie i na ziemi wałeckiej przyniósł dopiero II pokój toruński (1466).
  Na podstawie przekazów źródłowych możemy stwierdzić, że kolejne miasto ziemi wałeckiej – Mirosławiec, zostało lokowane poprzez nadanie margrabiów brandenburskich rycerzom Henrykowi i Janowi z rodu Wedlów. W dniu 2 lutego 1314 r. wspomniani bracia wystawili przywilej przyznający Mirosławcowi miejskie prawo magdeburskie. Istnieje przypuszczenie, że Mirosławiec lokowano w 1303 r. W „Historii powiatu wałeckiego w zarysie” autorstwa Z. Borasa, R. Walczaka, A. Wędzkiego, napisano: „W roku 1314 Mirosławiec był już miastem, lokacja zatem musiała przypaść na lata poprzedzające rok 1314. Istnieje przypuszczenie, że mogło to nastąpić już w roku 1303. (…) Przywilej lokacyjny Mirosławca nie dotrwał do naszych czasów”. Nie wiadomo na jakiej podstawie autorzy „Historii powiatu wałeckiego” przypuszczają, iż rok 1303 może stanowić datę założenia Mirosławca. W tym roku powstało miasto Wałcz. Powołując się na te ustalenia można pójść tą samą drogą i przyjąć np., że Mirosławiec lokowano w 1295 czy w 1290 roku, bądź jeszcze wcześniej. Nie można jednak tego potwierdzić, ze względu na niedostępność bądź brak materiałów archiwalnych na ten temat. Wydaje się, że data 1303 dla Mirosławca nie jest trafna. Informację bowiem nie potwierdzono w opracowaniu jakimkolwiek materiałem źródłowym. Dlaczego wiarygodna wydaje się data 1314? W roku 1914 obchodzono 600-lecie nadania Mirosławcowi (Märkisch Friedland) praw miejskich. Z tej okazji ukazała się publikacja o dziejach Mirosławca, autorstwa Ernesta Berga (Geschichte der Stadt Märkisch Friedland). Niemcy przyjęli zatem rok 1314, jako datę lokacji miasta. Antoni Czachorowski w swojej publikacji pt. „Społeczne i polityczne siły w walce o Nową Marchię w latach 1319-1373” podaje, że „W dniu 2 II 1314 r. bracia Henryk i Jan v. Wedel wystawili przywilej lokacyjny dla Mirosławca”. Autor powołuje się na materiał źródłowy autorstwa członka rodziny Wedel.
  Mirosławiec założono przy tzw. handlowym „szlaku solnym”, („via regis”) wiodącym na północ do Kołobrzegu. Miasto zbudowano w kształcie prostokąta z regularną siatką ulic. Otoczone było systemem strumieni odwadniających, które spełniały zapewne rolę fos obronnych. Nie wiadomo, czy Mirosławiec otoczony był wałami i murami obronnymi. Wiemy natomiast, że w mieście istniały trzy bramy znajdujące się u wylotu z miasta. Na północno-wchodnim krańcu miała się znajdować brama Grobelna, na południowym wschodzie brama Młyńska, na zachodzie brama Łowicka. Właściciele Mirosławca Jan i Henryk Wedlowie wznieśli również zamek jako warowną siedzibę swego rodu. Nie jest możliwe ustalenie miejsca i czasu powstania zamku średniowiecznego w mieście. Z księgi Karola IV z 1375 r. wynika, że zamek w Mirosławcu należał do dwunastu najsilniejszych zamków rodu Wedlów znajdujących się na wschód od Odry.
Ostatni przedstawiciel męskiej linii Wedlów – Georg von Wedel, wydając w 1571 roku swoją córkę Elżbietę za mąż, przekazał miasto wraz z zamkiem w formie posagu oraz cały klucz dóbr ziemskich jej mężowi Henrykowi Blankenburgowi. W 1719 r. doszło do wielkiego pożaru, w wyniku którego zniszczeniu uległ zamek wraz z całym miastem. W roku 1731 ówczesny właściciel Mirosławca, Dionizy Jerzy Joachim Blankenburg rozpoczął budowę nowej siedziby, ale już o założeniach pałacowych. W rezultacie powstała okazała budowla utrzymana w stylu baroku holenderskiego.
  Na temat budowy pałacu w Mirosławcu w źródłach zanotowano, cyt.: „10 lutego 1731 roku zaczęto przygotowywanie obszaru pod budowę. Nakazano zwozić ziemię na bagna, następnie poprzez wykopanie szerokiego okopu o głębokości 4 metrów i dwudziestu metrach szerokości powstał prostokąt z długością kantów około 60-80 metrów. W podstawę wbito 180 pali. Przez 14 dni jesienią 1731 roku zwozili pańszczyźniani chłopi pnie drzewne z lasu. Do wbijania pali w bagnisty grunt zagoniono mieszczan z Mirosławca. Budowla była z cegieł, do której budulec zwożono z cegielni niedaleko Henkendorf (Hanki). Cena za 1000 sztuk wynosiła jednego talara i 16 groszy, a za każde „wypalenie” mistrz Marker otrzymywał beczkę piwa. W skład „wypalenia” wchodziły 24 tys. sztuki. Drewno do budowy było zwożone z lasu Dreiort. Woźnicy musieli zwozić swoimi zaprzęgami drewno przez trzy dni od rana do zachodu słońca. Potem następowała zmiana i przychodzili inni woźnicy”. Zachowane relikty oraz przeprowadzone badania archeologiczne wskazują, że obiekt zbudowano na podmokłym gruncie umocnionym drewnianymi palami. Pałac wraz z przylegającym terenem otoczony był sztucznie wykopaną fosą o szerokości 5 m, wypełnioną wodą. Powstała w ten sposób wysepka zbliżona do kwadratu. Kolejne badania archeologiczne odsłoniły resztki sklepień piwnicznych XVIII-wiecznego pałacu. Nie uchwycono jednak żadnych reliktów wcześniejszej zabudowy z okresu średniowiecznego. W 1836 r. umarł ostatni właściciel pałacu w Mirosławcu. W 1877 r. pałac był opuszczony i nieużytkowany, po pożarze w 1890 r. został całkowicie zniszczony i doprowadzony do stanu ruiny.
  Od wieku XIV na terenie ziemi wałeckiej rozwijało się miasto Tuczno. Najdawniejsza wzmianka źródłowa o Tucznie z roku 1306 wspomina o proboszczu, sześciu rajcach i mieszczanach. Można z niej wyciągnąć wniosek, że już wówczas Tuczno było znaczniejszą osadą o charakterze miejskim, posiadającą kościół. W miejscowym źródle pt. „Acta das Vermögen der Kirche” znajdujemy wzmiankę, że biskup Otto odwiedził w roku 1124 w czasie swej podróży na Pomorze wieś Tenczyg (Tuczno), wówczas jeszcze osadę słowiańską i zastał tutaj chrześcijańską gminę religijną z własnym duchownym. Niemiecki historyk Schmitt traktuje jednak tę informację jako domysł bez pokrycia źródłowego. W roku 1333 bracia Stanisław i Krzysztof Wedlowie nadali osadzie leżącej obok grodu miejskie prawo magdeburskie. Prawdopodobnie w ciągu pierwszej połowy XIV wieku zostało wytyczone rozplanowanie Tuczna. Miasto zostało zbudowane w północno-wschodniej części przesmyku oddzielającego jeziora: Tuczno i Zamkowe. Przez przesmyk prowadził szlak z Człopy do Tuczna. W miasteczku następowało rozgałęzienie tej drogi. Przejścia przez przesmyk między jeziorami strzegł zamek tuczyński, należący do rodu Wedlów.
  Jak podają źródła, „murowany dom kasztelana wielkopolskiego” w Tucznie zdobył Hasso von Wedel w 1296 r. Nie udało się jednak ustalić lokalizacji kasztelu obronnego. Nie ma pewności, czy znajdował się w miejscu dzisiejszego zamku. Pierwsze wzmianki źródłowe o budowie zamku pochodzą z 1338 r. Zamek wzniesiono na planie regularnego czworoboku z dziedzińcem otoczonym murem i częścią mieszkalną od wschodu. Obiekt zbudowano z cegły i kamienia w bardzo dogodnym pod względem strategicznym miejscu, na wzgórzu o stromych zboczach z trzech stron oblanych wodami dwóch jezior. Grząskie bagna i łąki oraz stromość zboczy wzgórza zamkowego znakomicie podniosły walory militarne zamku.
  W przypadku pradziejów Wałcza wiemy zdecydowanie więcej. W jednym z opracowań autorstwa prof. Zygmunta Borasa przedstawiona jest mapka, ilustrująca księstwa pomorskie z ok. roku 1220. Widnieje tam także Wałcz. Miejscowość znajduje się na terenie Królestwa Polskiego; nie wiadomo jednak, czy jako osada grodowa czy jako miasto. W opracowaniu „Patrocinium świętomikołajskie w Wałczu jako przyczynek do genezy miasta” dr Ryszard Walczak przypuszcza, że kościół w starym Wałczu (Walciae) istniał już przed 1303 r. Swoją tezę badacz opiera na przesłankach, dotyczących „patrocinium świętomikołajskiego” w Wałczu (kościelne święto opieki św. Mikołaja). Już około XII wieku istniały na dalekich szlakach handlowych osiedla, będące punktami oparcia dla wędrujących kupców i rynkiem zbytu dla ich towarów. „Patrocinium świętomikołajskie” w Wałczu może stanowić dowód, że już w II poł. XII wieku istniało na szlaku handlowym między dwoma jeziorami osiedle z własnym kościołem. Nie ma pewności, czy na terenie osiedla oprócz kościoła znajdował się także ratusz.
  W historycznych dokumentach Wałcz występuje pod wieloma nazwami: „Villam Kron”, „Wałecz”, „Wałcia”, „Corona”. Początek miastu dała zapewne niewielka kuria przy istniejącej tu rybackiej faktorii. Wioska nazywała się „Wolczen”. Została zbudowana u nasady półwyspu wcinającego się w jezioro Zamkowe, na wzgórzu z natury trudno dostępnym i obronnym. Jej rozwój związany był z przebiegającym tędy kupieckim szlakiem. Wałcz otrzymał prawa miejskie 23 kwietnia 1303 r. z rąk margrabiów brandenburskich. Oryginał aktu znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Berlinie. Dokument mówi o jednym z najważniejszych, przełomowym wręcz momencie w dziejach miasta. Nadanie prawa miejskiego oznaczało bowiem istotną zmianę jakościową. Przyznanie przywilejów ekonomicznych i prawnych oraz przyciągnięcie nowych osadników pobudziło rozwój osady, powiększyło jej rozmiary, zmieniło z czasem układ topograficzny oraz zdecydowanie odróżniło ją od okolicznych wsi. „Arnskrone” górowało odtąd nad wiejskim otoczeniem zakresem otrzymanych przywilejów gospodarczych i statusem swych mieszkańców, nawet wówczas, gdy zachowało na poły rolniczy charakter.
  Wałcz posiadał świetne możliwości obronne. Fosa znajdowała się od strony wschodniej (przed Bramą Młyńską, wzdłuż dzisiejszych ulic Wąskiej i A. Łowińskiego) i zachodniej, łącząc dwa jeziora. Dodatkowym utrudnieniem terenowym od strony wschodniej było rozlewisko jezior z podwójnym korytem rzeczki Młynówki. Umocnienia obronne przebiegały od jez. Zamkowego między ulicami Wąską a Kościelną, na skraju największego wzniesienia terenu. Na skrzyżowaniu tych ulic stała Brama Młyńska (Wschodnia), nazwana od położonego w sąsiedztwie młyna na rzece Młynówce. W pobliżu bramy znajdowała się tzw. „Góra Burmistrzowska” (ogrody burmistrza). Wzmianka o zamku w Wałczu znajduje się w kronice Janka z Czarnkowa z 1370 r. W kronice pod rokiem 1378 czytamy o pożarze miasta, cyt. „z wyjątkiem tylko samego zamku, który w całości nietknięty został”. Zamek wałecki wymieniany jest w dokumentach w związku z toczącymi się wojnami z Zakonem Krzyżackim w XV i XVI w. W XV w. gospodarzami zamku byli najpierw brandenburscy rycerze zasadźcy, następnie, po 1368 r. starostowie mianowani przez Kazimierza Wielkiego.
  Zamek zbudowany był z drewna, otoczony mocną palisadą z drewna dębowego, wzmocnioną u podnóża kamieniami. Palisada mogła być uzbrojona poprzecznymi balami drewnianymi. Zamek usytuowano u nasady dzisiejszego półwyspu z ulicą Orlą, wcinającego się w jez. Zamkowe. Zajmował on część tego obszaru, który był najwyżej położony. Centralnym miejscem terenu zamkowego był obszar dzisiejszej zabudowy plebanii kościoła św. Antoniego wraz z przynależnymi ogrodami. W początkach XV w. Mikołaj Czarnkowski został wyznaczony przez króla do przejęcia zamku wałeckiego i miasta z rąk załogi, prawdopodobnie krzyżackiej. Zachował się akt poddaństwa Henninga Kenstela, Burcharda von Güntersberga oraz Burcharda Dawcza. 14 czerwca 1406 roku wymienieni oświadczyli w Poznaniu, że: „chociaż [...] pan Władysław [...] król Polski [...] pan nasz najłaskawszy, pragnąc każdemu wymierzyć sprawiedliwość, chciał, co się tyczy miasteczka, warowni i strażnicy [fortalico] Wałcza, umieścić tam dla nas prałatów i baronów ze swej rady, w celu wymierzenia sprawiedliwości, my jednak oceniając jego życzliwą dla wszystkich łaskawość, nie chcemy prawować się z nim, (…) przyrzekamy za siebie i za naszych następców, że w sprawie wspomnianego miasteczka i strażnicy Wałcza nie chcemy już więcej wnosić skarg do tego pana króla, jego królestwa i Korony (…)”. Panowie na zamku wałeckim, najwyraźniej militarnie przymuszeni, zdali się na łaskę króla polskiego i przyrzekając wiernopoddańcze służby, otrzymali fortalicję i miasto w dalszy zarząd już jako polscy poddani.
  Zamek w Wałczu został doszczętnie zniszczony na przełomie XVI/XVII w. W XVII w. zostali sprowadzeni do Wałcza Jezuici. W 1627 roku w Wałczu mieszkało 3 Jezuitów: Jan Słotowski, Mikołaj Hening i Jan Ditmar. Jezuici ci przy pomocy proboszcza Ambrożego Arenta wybudowali w 1629 roku nową kaplicę. W 1634 roku liczba Jezuitów znacznie wzrosła, a działalność ich miała szerokie poparcie. W tym czasie myśleli o założeniu swojej szkoły. By realizować ten zamiar, zabiegali o pomoc wśród miejscowej szlachty i senatorów. Zwrócili się m.in. do Krzysztofa Tuczyńskiego. On pierwszy wystąpił w Środzie na sejmiku z inicjatywą powołania kolegium jezuickiego w Wałczu, jednak jego wystąpienie wzbudziło nieufność wśród szlachty. W 1650 roku podczas procesji na Górę Mniszą (obecnie obszar Gimnazjum nr 2 w Wałczu). Jezuici bezprawnie zagarnęli ten teren. Zaczęły się zatargi między starostą, Jezuitami a burmistrzem. Z tego powodu starosta nie chciał budować szkoły jezuickiej. Przeciwko zajęciu Góry Mniszej wystąpiło także Bractwo Strzeleckie (kurkowe), ponieważ w tym miejscu mieściła się ich strzelnica.
  Właściwe funkcjonowanie szkoły jezuickiej w Wałczu przypada na rok 1665. Patronem szkoły został św. Stanisław Kostka. Fundatorami byli: Tuczyńscy, proboszcz ze Skrzatusza i stolnik koronny. Poczyniono starania o inną lokalizację szkoły w mieście, ponieważ Góra Mnisza była otoczona terenem bagnistym. Dopiero patent króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego z 1671 roku przeznaczył grunty na budowę nowej szkoły na tzw. Górze Burmistrzowskiej (nazywanej również Piekarską). Był to obszar położony w obrębie umocnień miejskich i blisko rynku. Z dwóch stron otoczony rzeczką Młynówką dochodził do Bramy Młyńskiej, należały do niego tereny dziś zajmowane przez nasze liceum – całe to wzniesienie nazywano również Górą Rybią. Prace przy budowie szkoły trwały rok. Z inicjatywy opata Hackiego, w 1703 r. na Górze Burmistrzowskiej powstał drewniany budynek szkolny na tym samym miejscu, gdzie później wzniesiono dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Kazimierza Wielkiego. Z tego też okresu wywodzi się nazwa szkoły „Ateny Wałeckie” lub „Ateneum”.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 01-12-2016

Wspomnienie absolwenta

  Prezentujemy obraz życia dawnych „Aten Wałeckich” w okresie stalinowskim, widziany przez naocznego świadka Benicjusza Ciepłowskiego – absolwenta wałeckiego liceum z roku 1949. Jego wspomnienia dostarczają informacji o indoktrynacji dyrektora szkoły Józefa Zagórskiego oraz młodzieży szkolnej przez aparat komunistyczny.
  W sierpniu 2005 r. w liście do dyrektora LO im. Kazimierza Wielkiego w Wałczu Romana Kościołowskiego wspomniany B. Ciepłowski napisał m.in.: „Jestem absolwentem Liceum r. 1949. Po przeczytaniu książki Ludwika Bąka o naszym Liceum, uznałem za konieczne podzielić się historią wydarzeń z lat 1945-1949, zwracając szczególną uwagę na to co zostało pominięte, lub niejasno w niej przedstawione. Pragnę, by przesłany rękopis artykułu znalazł miejsce wśród materiałów historycznych o Atenach Wałeckich”. B. Ciepłowski argumentował w liście, iż druga część książki L. Bąka, szczególnie okres lat 1945-1949 wymaga uzupełnienia, ponieważ zawiera wiele niedomówień i nieścisłości. Jako naoczny świadek tamtych wydarzeń widział to tak: „Już w r. 1947 i 1948 aktywizuje się życie pozalekcyjne w szkole. Zjawia się ZMP. Następuje upolitycznienie Liceum. Poszczególne strony książki odnotowują fakty, które są zgodne z presją władz politycznych i oświatowych: szkoły, miasta, władz powiatowych etc. (…) 28. XI 1948 dyr. Józef Zagórski zostaje przeniesiony służbowo do Szczecina. To on przez trzy lata swojej działalności był wspaniałym organizatorem, znawcą problematyki szkolnictwa średniego (…). Dlaczego ten wielki człowiek, do tego członek PPR i PZPR, musiał opuścić swoją wymarzoną, stworzoną i ukochaną szkołę? Wszystko przemawiało za tym, że był niepowtarzalnym i niezastąpionym. Komuś jednak przeszkadzał, a wiadomo komu, bo nie chciał uczyć i wychowywać młodzieży, jak kazała partia”.
  W dalszej części wspomnień B. Ciepłowski tak relacjonuje: „Nazwa szkoły w omawianym okresie – Ateny Wałeckie – nie pasuje i nie przystaje do jej ducha. Liczyli się głównie uczniowie bezwzględnie posłuszni nakazom szkoły i władz. Szkoła to nie zbiorowość ludzi jednomyślnych. O tych, którzy myśleli inaczej, mało się mówiło. Wymagano bezwzględnego posłuszeństwa, tępiąc przejawy wolności. Przecież wszyscy uczyli się, jak być dorosłymi i jak wybierać. Szukali oni prawdy, która jest dobrem dla człowieka. (…) Postawy uczniów, przynajmniej z najbliższego otoczenia, nie były skierowane przeciw osobom, lecz przeciw doktrynie partyjnej. Młodzież starała się rozumieć siebie wzajemnie, choć czasami były trudności. Za tę inaczej myślącą młodzież poniósł „klęskę” prof. J. Zagórski. On jeden bronił jej przed Urzędem Bezpieczeństwa, który wkraczał do życia szkoły. Więzieni uczniowie w areszcie UB byli przesłuchiwani w obecności dyrektora J. Zagórskiego. Po jego odejściu bezpiece już nikt nie przeszkodził. Skończył się dyr. J. Zagórski, bo nie był dyspozycyjnym politycznie. Należy podkreślić, że dyr. J. Zagórski na Radzie Pedagogicznej 23. X 1948 r. wyraził swoje kredo słowami, iż „zmiany w łonie samych partii jak i zmiany urzędników na czołowych stanowiskach utrudniają współpracę w rzeczach bardzo ważnych dla samego gimnazjum”. Ktoś taki nie mógł się podobać władzom. Musiał odejść”.
  W relacji Ciepłowskiego czytamy dalej: „Dlaczego kl. XI od 28. XI 1948 r. do 5. III 1949 nie miała nauczycieli fizyki i chemii? Po prostu, został upokorzony dyr. J. Zagórski, czas przyszedł na młodzież. Dotknęło to szczególnie nas, bowiem byliśmy klasą maturalną. Wiedzieliśmy, że cios był specjalnie wymierzony, by zniewolić i nas, i młodsze klasy. Chcieliśmy nawet odejść do innej szkoły, bo nie widzieliśmy innego rozwiązania. W marcu 1949 r. władze zareagowały na stan klęski. (…) Tymczasem pełniący obowiązki dyrektora Bolesław Mejnartowicz wprowadza „nowe” do szkoły. UB prześladuje młodsze klasy, a naszą szczególnie. Dyrektor likwiduje poniemiecki księgozbiór, zlikwidował również zabytkową kaplicę. Tworzy się jedenastolatkę. (…) 62 uczniów to członkowie ZMP. Ciekawe, jak wiele osób – z tych 62 – było zaangażowanych ideowo, a ile należało ze strachu lub dla kariery? (…)”.
  B. Ciepłowski nawiązał również do sprawy dyrektora Filusa: „31. III 1951 r. Zarząd Powiatowy ZMP w Wałczu wystawia Krystynie Filus opinię negatywną. Wymieniona do nauki jest zdolna, zainteresowania pracą społeczną po linii młodzieżowej nie przejawia, stosunek do obecnej rzeczywistości jest obojętny, uczy się tylko dla nauki a nie z przekonania. Z wyżej cytowanej opinii kształtuje się przekonanie, jak mało miała do powiedzenia szkoła. Dyrektor Filus ustąpił ze stanowiska i dobrze rozumiemy dlaczego”. Wg Ciepłowskiego tak wyglądał socjalistyczny charakter szkoły.
  Brak w książce szerszych informacji o maturzystach z 1949 r. Benicjusz Ciepłowski zarzucił L. Bąkowi w następujący sposób: „Historia jest cierpliwa. Czasami fakty muszą długo czekać na ujawnienie lub przedstawienie. Maturzyści r. 1949 poszli w niepamięć. Zresztą można to wytłumaczyć, tak jak i wiele innych spraw, stwierdzeniem autora. Brzmi ono, że „dążenie do prawdy historycznej jest niewątpliwie najtrudniejsze dla byłych uczniów i nauczycieli Gimnazjum i Liceum, ponieważ ich pracy towarzyszą trudne do wyzbycia się emocje”. Tylko, co autor rozumie przez słowo emocje? Trzeba wyraźnie powiedzieć, że naszą klasę XI (1949 r.) chciały zniszczyć władze polityczne miasta przez usunięcie dyr. J. Zagórskiego, przez brak nauczycieli w ciągu trzech miesięcy, dezorganizację toku nauczania. Dotkliwe piętno wywarły przesłuchiwania UB na niektórych uczniach szkoły, szczególnie na maturzystach między maturą pisemną a ustną, które trwały po kilka dni. Sprawcami przesłuchiwań byli liczni donosiciele. Matury po prostu miało nie być. O jej urzeczywistnienie walczyli nasi nauczyciele i ks. Eustachy Rzepka, który był po stronie pokrzywdzonych, tych których państwowe wyższe uczelnie nie przyjęły. Doszło do matury. Wreszcie mieliśmy ją poza sobą”. Z czterech maturzystów z profilu matematyczno-fizycznego, w tym Benicjusz Ciepłowski i Edward Stańczak, zdawało na Wydział Matematyczny w Uniwersytecie Toruńskim. Zdawały również 3 osoby o zainteresowaniach humanistycznych. Nikt nie został przyjęty.
  W prezentowanych wspomnieniach B. Ciepłowski przedstawił również sylwetkę szkolnego kolegi Edwarda Stańczaka: „Edward Stańczak, o którym wspomina autor (s. 341-342) był moim przyjacielem od 1946 r. do swojej śmierci. Byliśmy tą przyjaźnią związani w Liceum, na studiach, później w pracy. Kochał nadzwyczaj matematykę. W czasie pisemnego egzaminu na studia z matematyki, po 15 minutach wstał z miejsca i oddał swoją pracę. Asystent zaśmiał się i głośno oznajmił, że jeden już skończył. Była w tym duża ironia. Rzucił okiem na pracę i stwierdził ze zdziwieniem, mówiąc: tu trzeba odnotować czas, co też uczynił. Ale na studia się nie dostał. W niedługim czasie po egzaminie Edward otrzymał list, by zgłosić się do rektora. Rektor bardzo chciał przyjąć Edwarda na studia, ale pod warunkiem, że podpisze deklarację do ZMP. Edward podziękował za propozycję oświadczając, że za taką cenę tego nie zrobi (…)”.
  W końcowej części swoich wspomnień B. Ciepłowski napisał: „Ten krótki szkic zamknąłem notatką o Edwardzie. Chciałem pamięcią o Nim wzbogacić kartki historii naszej Szkoły. Składam hołd i podziękowania wszystkim Nauczycielom, którzy nas uczyli w niezapomnianym dla nas czasie. Bardzo cenimy Ich za to, że nie wywierali presji w wyborze postaw ideowych. Również dziękujemy naszym Rodzicom, że pozwolili nam decydować o sobie, choć pewna część młodzieży poniosła duże straty. Kończę hasłem. Zabierajmy głos na temat historii naszej Szkoły”.

dr Przemysław Bartosik

PS. Opracowano na podstawie maszynopisu autorstwa Benicjusza Ciepłowskiego z Warszawy, pt. „Inne spojrzenie na dzieje szkoły średniej w Wałczu w książce Ludwika Bąka”.

Dodano: 28-11-2016

Kiedy lokowano Mirosławiec?

  Słowiańska nazwa Mirosławca nie jest znana. Jedna z pierwszych brzmiała Frydląd Marchijski, od „starej” drogi „marchijskiej” przebiegającej przez osadę. Nie wiadomo również, czy istniał tu gród. W XIV w. wymieniany jest zamek. Nie jest znany jego wygląd i rozplanowanie, jak również lokalizacja. Poważniejszy problem stanowi jednak lokacja miasta. Jednym z ważniejszych wydarzeń w dziejach Mirosławca były obchody 600-lecia miasta, a więc nadania praw miejskich. Odbyły się one w roku 1914. Przy tej okazji ukazała się publikacja dotycząca dziejów Mirosławca autorstwa Ernesta Berga, pt. „Geschichte der Stadt Märkisch Friedland”. We „wprowadzeniu” badacz odnotował: „Możemy w tym roku (1914) spojrzeć wstecz na co najmniej 600-letnie istnienie naszej miejscowości jako miasta. Wszyscy chętnie chcemy to uczynić. Nasze zainteresowanie zostało obudzone. My frydlandczycy miłość ziemi ojczystej mamy we krwi”. Ernest Berg stwierdził także, że Mirosławiec mógł otrzymać prawa miejskie prawdopodobnie tak jak Wałcz, bo już w roku 1303, jednak rzekomy „pierwszy nierozszerzony” przywilej lokacyjny z owego roku nie zachował się do naszych czasów. Nie wiadomo również, na jakiej podstawie Berg przypuszczał, że rok 1303 może stanowić datę założenia Mirosławca. Używanie przez Berga sformułowań dotyczących lokacji typu „musiała istnieć” czy „przypadła zapewne” bez jakiegokolwiek pokrycia źródłowego jest niewiarygodne. Należy pamiętać, że przywołana książka zawiera wiele sformułowań natury ideologicznej. Np. o „czasach najdawniejszych” czytamy: „Gdy Brandenburczycy przyszli tutaj w roku 1303, zastali już z pewnością coś podobnego do miasta. W przeciwnym bowiem razie nie można pojąć tak szybkiego nadania przywileju miejskiego (pierwszego już prawdopodobnie w roku 1303). Tutaj z pewnością znajdowała się osada, odkąd ludzie zamieszkali w tej okolicy. Nie możemy zapominać, że tutaj w czasach wielkiej wędrówki ludów, a więc około 400 lat po narodzeniu Chrystusa, mieszkały plemiona germańskie. Pełne energii i siły, zwabione słońcem południa i wspaniałością rzymskiego świata pociągnęły dalej. Zostawiły starą ojczyznę napierającym Słowianom”. Tok rozumowania Berga w kwestii lokacji przejęli także autorzy „Historii powiatu wałeckiego w zarysie”. Stwierdzili m.in., że ,,(...) w roku 1314 Mirosławiec był już miastem, lokacja zatem musiała przypaść na lata poprzedzające rok 1314. Istnieje przypuszczenie, że mogło to nastąpić już w roku 1303 (...)”. Taka argumentacja również jest nieprzekonywująca, nie posiada bowiem w przywołanym opracowaniu uzasadnienia merytorycznego. Idąc tokiem rozumowania Berga można wyznaczyć kilka innych pośrednich dat dla lokowania Mirosławca, np. lata przed zabójstwem króla Przemysła II. Byłaby to jednak tylko kolejna hipoteza. Wnioski wysuwane przez autorów „Historii powiatu” w interesującej nas materii także wymagają sprostowania. Nie dziwi więc warsztat, w tym przypadku jego brak.
  Pewne jest, że Mirosławiec wymieniony został w przywileju wystawionym 2 lutego 1314 r. przez Henryka i Jana z rodu Wedlów. Fundatorami miasta wg Berga byli bracia Nikolaus i Johannes Knobelsdorf. Treść przywileju znana jest m.in. z „Historii kościoła parafialnego w Wałczu...”, spisanej przez wałeckiego proboszcza Jana Ignacego Bocheńskiego w 1790 r. Zdaniem Bocheńskiego pierwszymi rajcami, którzy objęli opiekę nad lokacją byli bracia Jan i Henryk Kienkenstocke. Przywilej nazywa ich „rajcami założycielskimi” miasta. Informacje o przywileju znajdują się również w bardzo wiarygodnym źródle tj. „Kodeksie Dyplomatycznym Wielkopolski”. Antoni Czachorowski - historyk zajmujący się problematyką średniowiecza, w jednej ze swych publikacji podał, że ,,W dniu 2 II 1314 roku bracia Henryk i Jan von Wedel wystawili przywilej lokacyjny dla Mirosławca…”. Autor powołał się na materiał źródłowy autorstwa członka rodziny von Wedel.
  Ciekawie przedstawia się komentarz E. Berga odnośnie przywileju z 1314 r. Ów „kronikarz” odnotował: „Miasto po tym otrzymało: dochody z opłat targowych (tzw. „Marktgeld”), którą musiały wnosić kramy („Buden”) sprzedające mięso, wyroby sukiennicze, obuwie itp.; tzw. „Wördenzins”, czyli opłaty (daniny) z tytułu użytkowania gruntów określanych jako tzw. „Wördeland” (ogrody, łąki, sady itp.); (…) przychody z tzw. „prętowego” (Rutenzins”), czyli opłaty za obmiar gruntu; (…) mieszczanie mieli pełne prawo polowania na całym obszarze wyznaczonym zapisem w przywileju; mogli łowić ryby w jeziorach: „Körtnitzsee”, „Wolgastsee”, „Kierstenkensee”, dalej w obu jeziorach w Sadowie oraz w dwóch stawach karpiowych („Karpfenteichen”); (…) rozległy obszar wymieniony w dokumencie, granicą sięgający aż do Przyłęgu („Prilang”), koło Rudek (Hoffstädt)”. Berg wspomina również o potoku młyńskim („Mühlenflieβ”), młynie zamkowym („Schloβmühl”) oraz pańskim browarze (mokradłach „chmielowych” – „Hopfensumpf”). Stwierdził jak następuje: „Frydlandczycy musieli przez picie pańskiego piwa potwierdzać swoją wierność i lokalny patriotyzm. Wskazuje na to wiele rozporządzeń i ustaleń, z których jedno jest jeszcze zawarte w przywileju dla bractwa strzeleckiego (kurkowego) z 1768 roku. To pańskie piwo – wydaje się – nie bardzo smakowało frydlandczykom. Ono nie mogło za bardzo rozgrzewać umysłów, ponieważ później uciskani mieszczanie stawali się buntowniczy”.
  Przywilej miasta Mirosławiec został przygotowany w języku łacińskim przez kapłana Albertusa z Arnskrone (pan Albert, świątobliwy pleban z Wałcza). Odpis przywileju potwierdzony został przez króla Polski Zygmunta Augusta w 1565 r.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 28-11-2016

Przypadek konfidenta "Hanka"

 

  W kwietniu 1954 r. referent Referatu IV Wydziału XI Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Koszalinie zwrócił się do swojego szefa z prośbą o zezwolenie na opracowanie kandydata na informatora. Bezpieka zainteresowała się mieszkanką Wałcza.
  Do 1960 r. sieć agenturalną tworzyli agenci, informatorzy i rezydenci (od 1953 r. zwani także tajnymi współpracownikami). Pierwszym problemem przy pozyskiwaniu nowego tajnego współpracownika był wybór kandydata. Punktem wyjściowym była „konkretna sytuacja operacyjna uzasadniająca potrzebę zdobycia tajnego współpracownika”. Po wskazaniu kandydata na tajnego współpracownika należało przygotować go do werbunku (pozyskania), co miało nastąpić w ramach procesu jego „opracowania”, tzn. zbierania uzupełniających informacji o kandydacie. Werbunek stanowił kolejną fazę po opracowaniu kandydata. Pierwsza podstawa pozyskania opierała się na „postawie patriotycznej”, później nazywanej „odpowiedzialnością obywatelską”. Za tymi patetycznymi sformułowaniami rzadko kryła się chęć bezinteresownej pomocy UB, wynikająca z postawy politycznej informatora. Znacznie częściej chodziło o względy ambicjonalne, animozje, niechęć czy wręcz ludzką zawiść, które to uczucia funkcjonariusze UB (później SB) umiejętnie podsycali i pozwalali dać im upust.
  Śmierć Stalina 5 marca 1953 roku przekreśliła nadzieje komunistów na stabilizację reżimu. Idee „wielkiego nauczyciela” miały być jednak kontynuowane. Zdaniem szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza – zadania resortu były oczywiste: „cały wysiłek aktywu kierowniczego wszystkich szczebli skierować na właściwe zorganizowanie, kierowanie i kontrolę sieci agenturalnej, zdobywanie nowej sieci, stosowanie różnorodnych, przemyślanych kombinacji operacyjnych, wypracowywanie coraz lepszych form i metod pracy z siecią agenturalną”. Wg historyka prof. Ryszarda Terleckiego – agentura – obok bezwzględnie oddanych sił bezpieczeństwa – miała być główną bronią komunistycznego państwa przeciwko jego wewnętrznym wrogom. W państwie rządziła totalitarna partia, ale ważną, a może najważniejszą częścią tej partii byli „towarzysze z bezpieczeństwa”.
  O „pozyskaniu” informatora „Hanka” dowiadujemy się z kilku zachowanych notatek sporządzonych przez referenta z Koszalina. Wiemy, iż lata dzieciństwa przyszły konfident spędził w otoczeniu rodziców, pomagając w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. W czasie II wojny światowej pracował na Pomorzu u niemieckiego gospodarza. Po 1945 r. przybył do Wałcza, gdzie podjął się pracy sprzedawcy w miejscowym sklepie. W swoim „życiorysie” tak napisał: „W pracy wywiązuję się dostatecznie stosując się do dyscypliny pracy i pomagając w realizacji Planu Sześcioletniego i odbudowy Polski Ludowej”. W „kwestionariuszu informatora” zanotowano m.in.: „Bezpartyjna, znająca słabo niemiecki, w wojsku nie służyła”.
  Zwerbowanego agenta bezpieka planowała wykorzystać do rozpracowania grupy św. Jehowy, działającej wówczas na terenie Wałcza i powiatu wałeckiego. Odbywały się potajemne zebrania członków grupy, kilka osób aresztowano. W „uzasadnieniu opracowania” referent zanotował: „[...] Omawiany kandydat posiada szerokie możliwości w rozpracowaniu tej grupy, ponieważ posiada zaufanie u pozostałych, o czym świadczy fakt, że pełni ona funkcję w grupie [...]”. Więcej informacji o przyszłym agencie zamieszczono w tzw. „charakterystyce”: „Od chwili przybycia na nasz teren - zaczęła prowadzić pracę misyjną po linii św. Jehowy. Żądała od współwyznawców, aby sporządzali jej sprawozdania z pracy polowej, z uwzględnieniem ilości przeprowadzonych werbunków, sama natomiast sporządziła plan miasta Wałcza z wyszczególnieniem ulic. Bliższym zainteresowaniem były jej sprawy wojskowe, które niewątpliwie przekazywała do Biura Krajowego w Łodzi. Po delegalizacji działalność [...] nabrała charakteru konspiracyjnego i aktywnego. Ostatnio w/w obsługuje kółka konspiracyjne na terenie pow. Wałcz, którym daje nastawienie po linii organizacyjnej i uaktywnienie naszych członków do sekty [...]”.
  Wkrótce funkcjonariusze UB przeprowadzili kontrolę miejsca pracy kandydata. Celem rewizji było uzyskanie kompromitujących materiałów, które mogłyby posłużyć do werbunku. W wytycznych do szefa WUBP w Koszalinie zasygnalizowano uzyskanie informacji na temat miejsca pracy, działalności politycznej, przynależności organizacyjnej oraz „prowadzenia się” (chodziło m.in. o „wady i nałogi” – w ten sposób bezpieka starała się zapewne rozpoznać cechy charakteru przyszłego agenta).
  14 lipca 1954 r. w raporcie o „zezwolenie na dokonanie werbunku w charakterze informatora” referent dokonał oceny kandydata. Wynikało z niej, że była to osoba rozmowna, spostrzegawcza i przebiegła, o średnim poziomie intelektualnym, potrafiąca odnaleźć się w każdym towarzystwie. Znała doskonale zasady i obrzędy wyznawców św. Jehowy. Wiadomo również, iż w okresie swojej dotychczasowej pracy została ukarana naganą za opryskliwe odnoszenie się do klientów oraz za nie utrzymywanie w sklepie czystości. Wg bezpieki cechą ujemną kandydata było częste przebywanie w męskim towarzystwie, co było niezgodne z zasadami św. Jehowy. Taka postawa miała kompromitować kandydata wobec społeczeństwa. Za dodatnią cechę uznano natomiast przyjścia kandydata do konsumu PUBP w Wałczu, w którym robił zakupy.
  Funkcjonariusz bezpieki w „podstawie werbunku” sformułował następujące zdanie: „Przy umiejętnym przedstawieniu w/w faktów niewątpliwie kan. zostanie załamana psychicznie i będzie wolała udzielać nam informacji jak pójść siedzieć, lub aby skompromitować ją w otoczeniu i w stosunku do samych św. Jehowy [...]”. Nadzorujący sprawę Naczelnik Wydziału XI WUBP w Koszalinie dokonanie werbunku kandydata uznał za celowe i konieczne, jak czytamy w adnotacji – „w sprawie agenturalnej krypt. [...] w chwili obecnej na terenie m. Wałcza nie posiadamy agentury. Natomiast przy odpowiednim pokierowaniu kandydatem można będzie głębiej wprowadzić do aktywu św. Jehowy”.
  Werbunek mieszkanki Wałcza na „informatora” nastąpił 28 lipca 1954 r. Zgodnie z planem werbunku kandydat został wezwany na godzinę 11 do Komendy Powiatowej MO w Wałczu, m.in. w sprawie wyjaśnienia perypetii zawodowych. W przygotowanym wcześniej pokoju referent zadał kandydatowi kilka pytań: „jak dawno pracuje, ile zarabia, jak liczną posiada rodzinę”. Następnie pytał o życiorys oraz niedociągnięcia w sklepie. W raporcie o „zatwierdzenie dokonanego werbunku informatora” zanotowano: „W dalszej rozmowie z kan. przedstawiłem jej wrogość w stosunku do Polski Ludowej w tym, że rozsiewała ona do innych wrogą propagandę, o mającej nadejść w krótkim czasie wojnie, oraz to, że za jej pośrednictwem został przekazany plan miasta Wałcza dla [...] do celów szpiegowskich. Tu wyjaśniłem jej, kto kieruje sektą św. Jehowy, na kim bazują i jaki jest faktyczny cel trzonu kierowniczego sekty. [...] Następnie oświadczyłem (na podstawie materiałów), że wyciągnęła ona tajemnice od wojskowych, między innymi i od Oficera, zamieszkałego w Wałczu. [...] Tu zorientowałem się, że bardzo jej zależy na tym, aby nie miał on żadnych nieprzyjemności, o czym sama prosiła [...]. Zaproponowałem jej jako rehabilitację za występki w jej życiu – współpracę z Org. B.P., na co po wyjaśnieniu jej – na czym to będzie polegało, - wyraziła zgodę. Następnie podyktowałem jej zobowiązanie do współpracy i zachowaniu w tajemnicy [...]”.
  W własnoręcznie napisanym „zobowiązaniu” przez „Hankę” czytamy: „Ja [...] zobowiązuję się przyczynić do wykrywania wrogów działających na szkodę Polski Ludowej, o każdym zaistniałym fakcie wrogim dokonanym przez wyznawców św. Jehowy zameldować do Urzędu Bezp. [...] Ja zobowiązuję się [...] wykonywać stawiane mi polecenia przez Urząd Bez. Publ., żadnego faktu przed Org. B.P. nie zataję nawet o najbliższych znajomych, będę informować jeżeli będzie wrogo występował przeciwko rzeczywistości obecnej. O współpracy z Org. B.P. nikomu nie powiem nawet najbliżej rodzinie [...], jeżeli zdradzę tajemnicę Państwową, że współpracuję z organami B.P. zostaną względem mnie wyciągnięte konsekwencje karnosądowe w myśl prawa [...]. Dla zachowania lepszej konspiracji pracy doniesienia będę podpisywać pseudonimem Hanka [...]”.
  Werbunek „Hanki” trwał 7 godzin. Współpraca została sformalizowana. Referent bezpieki przeprowadził z pozyskanym informatorem rozmowę pouczającą, jak ma sporządzać doniesienia oraz w jaki sposób ma się zachowywać w środowisku św. Jehowy. Wspomniał również o punktualności oraz szczerości w stosunku do Organów Bezpieczeństwa Publicznego. W „planie przeszkolenia, wychowania i sprawdzenia zawerbowanego” napisano: „W trakcie przeprowadzonej rozmowy można było wywnioskować, że kan. jest chętną i polecone jej zadania będzie wykonywać ponieważ na końcu, kiedy powiedziałem, że może pójść do domu – rozpłakała się, nadmieniając, że ona tylko ze mną chciałaby pracować, a o szczerości będę mógł się sam przekonać”.
  Kolejne spotkanie z „Hanką” zaplanowano na 6 sierpnia 1954 r. o godz. 20 w Wałczu. W „ocenie werbunku” zapisano jednak: „Werbunek jest spóźniony ponieważ kandydatka zerwała z sektą św. Jehowy. Należy opracować legendę, wprowadzić ją do środowiska św. Jehowy. Pouczyć ją, by przestrzegała zasad wiary św. Jehowy”.
  Współpraca „Hanki” z bezpieką zakończyła się kilka miesięcy później. W raporcie z 10 marca 1955 r. stwierdzono, iż do „wykorzystania operacyjnego” informator się nie nadaje. Głównym powodem zaniechania współpracy z informatorem okazała się jego dekonspiracja. Nie wiadomo, jakie inne konsekwencje oprócz strat moralnych poniosła „Hanka”? Jej teczka personalna została przesłana do archiwum Wydziału X Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Koszalinie. Jeszcze w latach 70-tych „Hanka” figurowała w wykazie byłych tajnych współpracowników.
  Wydaje się, iż informator „Hanka” nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim przez bezpiekę. Z punktu widzenia UB była to zapewne współpraca mało owocna, pamiętajmy jednak, że każda uzyskana informacja dotycząca czyjejś słabości, niezadowolenia bądź rozgoryczenia mogła być niebezpieczna. Nawet mało przydatny konfident mógł liczyć na pomoc bezpieki.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 23-11-2016

Kilka uwag nad stanem zasobów źródłowych - wybrane aspekty dotyczące historii najnowszej powiatu wałeckiego

  Baza źródłowa charakteryzuje się rozproszeniem instytucjonalnym wynikającym z przekształceń administracyjnych w okresie objętym badaniami, co utrudnia prowadzenie poszukiwań. Dotyczy to przede wszystkim źródeł archiwalnych, które stanowią podstawową bazę do przeprowadzanych analiz. Największymi zespołami archiwalnymi dotyczącymi tematyki funkcjonowania administracji i zjawisk ekonomicznych w powiecie wałeckim dysponuje Archiwum Państwowe w Koszalinie Oddział w Szczecinku. Zespoły te nie tworzą zwartych merytorycznie całości, co pociąga za sobą konieczność poszukiwań w innych instytucjach gromadzących dokumenty. W wyniku kwerendy można wyodrębnić kilka zespołów o kluczowym znaczeniu, które powinny podlegać szczegółowym poszukiwaniom. Są to: sygn. 161II Starostwo Powiatowe w Wałczu 1945-1950, sygn.201II Biuro Prezydium Powiatowej Rady Narodowej Wydział Powiatowy 1945–50, sygn.162II Zarząd Powiatowy Rady Narodowej - Urząd Powiatowy w Wałczu 1950-1975, sygn.251II Prezydium GRN w Wałczu 1955–1971, sygn. 163II Urząd Skarbowy w Wałczu, sygn.1-4, Protokoły z posiedzeń PRN 1946-1950, sygn.6-8 Protokoły z posiedzeń PRN 1948-1950, sygn.10 Sprawozdania z działalności PRN 1950-55, sygn.35 Wydział Powiatowy. Referat Ogólny i Organizacji 1947-1950, sygn. 26-39 Protokoły z posiedzeń Wydziału Powiatowego 1948-1950, sygn.52-69 Referat Finansów i Gospodarki, sygn.18 Powiatowy Inspektorat Statystyczny w Wałczu.
  W Archiwum Państwowym w Koszalinie do interesujących zespołów należą: sygn.724 Komitet Powiatowy PPR 1945-1948, sygn.726, Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Koszalinie 1948-1956, sygn.969 Komitet Powiatowy PZPR w Wałczu 1948-1975. Archiwum Państwowe w Poznaniu Oddział w Pile dysponuje dokumentami nie tylko od 1975 roku, tj. włączenia Wałcza i powiatu wałeckiego do województwa pilskiego. Na uwagę zasługują następujące zespoły: sygn.55701 Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Wałczu 1959-1974, sygn.55687 Gminna Rada Narodowa w Wałczu 1973-1990.
  Archiwum Państwowe w Szczecinie posiada w swoich zasobach kilka zespołów, które wymagają szczegółowego zbadania. Odnosi się to do Urzędu Wojewody z lat 1945-1956 (Referat Ogólny, Referat Terytorialny, Referat Polityczny, Referat Ekonomiczny i Administracyjny). Najprawdopodobniej w tych dokumentach znajdują się informacje dotyczące decyzji odnoszących się do powiatu wałeckiego w latach 1945-1956. Interesujący jest również zespół Państwowy Urząd Repatriacyjny. Oddział Powiatowy w Wałczu lat 1945-1950.
  Prasa to źródło, które do 1989 roku dobrze oddaje politykę informacyjną państwa i PZPR, a jednocześnie pozwala śledzić zmiany w strukturach organizacyjnych oraz główne tendencje w polityce gospodarczej. Doskonale nadaje się do weryfikacji dokumentacji archiwalnej przy pomocy metody porównawczej. Pozyskiwanie wiadomości jest możliwe w wyniku długotrwałego i czasochłonnego przeglądania poszczególnych roczników. Kwerenda prasy ułatwia zrozumienie istoty wydarzeń i pozwala już na tym etapie badań na diagnozowanie przyczyn wydarzeń politycznych bądź procesów ekonomicznych, odsłanianie mechanizmów decyzyjnych oraz wyprowadzanie praktycznych wniosków. Kwerenda powinna dotyczyć następujących tytułów prasowych oraz publikacji naukowych: „Głos Koszaliński”, „Rocznik Nadnotecki”, „Rocznik Pilski”, „Ziemia Nadnotecka”, „Tygodnik Pilski”, „Tygodnik Nowy”, „Kurier Szczeciński”, „Pojezierze Wałeckie”, „Przegląd Zachodniopomorski”, „Rocznik Koszaliński”, „Koszalińskie Studia i Materiały”.
  Źródła statystyczne – największym zasobem danych tego typu dysponuje Wojewódzki Urząd Statystyczny w Koszalinie. Wydawane przez tą instytucję periodyki, chociaż nie w każdym okresie dziejów Polski po 1945 roku systematycznie, pozwalają na wydobycie potrzebnych informacji. Część z nich dostępna jest wyłącznie w Głównym Urzędzie Statystycznym w Warszawie. Zawierają one dane pozwalające na uchwycenie głównie zjawisk ekonomiczno–społecznych w powiecie wałeckim w wyniku analizy danych liczbowych. Pamiętać jednak należy, że nie zawsze oddają one rzeczywisty stan i w związku z tym spełniać mogą funkcję pomocniczą.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 23-11-2016

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  59  60  61  62  63  64  65  66  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: