Aktualności:

IV Regionalna Konferencja Naukowa w Wałczu

 

  Dnia 9 grudnia 2016 r. w auli szkolnej Zespołu Szkół nr 1 w Wałczu odbyła się IV Regionalna Konferencja Naukowa pod nazwą „Dzieje ziemi wałeckiej na przestrzeni wieków”. Jej otwarcia dokonał dr Przemysław Bartosik – kierownik naukowy konferencji. Dyrektor szkoły mgr Waldemar Rogulski podziękował przybyłym referentom oraz wręczył okolicznościowe dyplomy. Wysłuchano 13 wykładów:

prof. nadzw. dr hab. Wojciech Maliszewski – Predyspozycje indywidualne do prowadzenia badań naukowych. Czy każdy może wszystko ?

mgr Jarosław Leszczełowski – Frydlandzki Berlin

mgr Marek Lewandowski – Wątpliwości z ustaleniem tożsamości postaci na portretach w auli „Aten Wałeckich”

mgr Jarosław Lemański – Kobiety oficerowie w jednostkach liniowych 1 Armii Wojska Polskiego w walkach na Pomorzu w 1945 r.

mgr Piotr Wojtanek – Historia kin wałeckich

Robert Kraszczuk – Wyspy w pradziejach ziemi wałeckiej

mgr Jarosław Ciechanowicz – Najstarsze cmentarze powiatu wałeckiego – stan zachowania, ochrona

dr Bogusław Gałka – Wpływ nauki na rozwój przedsiębiorczości w powiecie wałeckim po 1989 r.

mgr Jerzy Romaniuk – Działalność patroli milicyjno-społecznych na terenie Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałczu (1986-89)

mgr Magdalena Krawczyk – Życie społeczno-kulturalne Wałcza w latach 1994-2005

mgr Marek Syrnyk – Jubileusz 50-lecia Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Wałczu

mgr Wawrzyniec Tarka – Problematyka posiedzeń Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Wałczu w 1960 r.

Piotr Kozłowski – Jastrowie w latach 1945-1950

Dodano: 11-12-2016

Tuczno w stanie wojennym
  W dzisiejszym wydaniu tygodnika "Pojezierze Wałeckie" (Nr 49 (1015) 7 grudnia 2016 r.) zamieszczono artykuł autorstwa dr. Przemysława Bartosika pt. "Tuczno w stanie wojennym". Przytaczamy go w całości:

  35 lat temu, z 12 na 13 grudnia 1981 r. I sekretarz PZPR i premier rządu, generał Wojciech Jaruzelski, wydał Wojsku Polskiemu rozkaz zajęcia kraju. Oddziały żołnierzy wkroczyły do większych miast i zablokowały wszystkie środki transportu. Narzucono godzinę milicyjną i aresztowano niemal wszystkich przywódców „Solidarności”. W kraju wprowadzono dyktaturę wojskową, w ten sposób proklamowano stan wojenny. Dla umocnienia władzy powołano Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON).

  Dnia 22 grudnia 1981 r. obradowała Egzekutywa Komitetu Miejsko-Gminnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KMG PZPR) w Tucznie. Na temat porządku i bezpieczeństwa publicznego na terenie miasta i gminy wypowiedział się miejscowy komendant posterunku MO. Stwierdził m.in., że ze względu na ogłoszenie stanu wojennego, w Polsce zmalała przestępczość. Wspomniał o nocnych patrolach i dyżurach Milicji Obywatelskiej (MO) oraz Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO). Na spotkaniu skreślono 12 członków PZPR (w większości z Marcinkowic), którzy złożyli legitymacje partyjne. Dyskutowano nad składem Komisji Kontroli Partyjnej. Postanowiono także przeprowadzić rozmowy z przedstawicielami Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, w obecności przedstawiciela wojska.
   Rezygnacja z członkostwa w PZPR była częstym zjawiskiem, występującym po wprowadzeniu stanu wojennego. Wiele osób decydowało się na „rozwód” z partią komunistyczną. Władze komunistyczne zdecydowały się na rozwiązanie Podstawowej Organizacji Partyjnej (POP) w Strzalinach. Jak czytamy w dokumentach „po przeprowadzeniu rozmów część członków partii oddało legitymacje, a pozostali nie gwarantowali dalszej działalności w organizacji. Organizacja ta nie posiadała żadnych perspektyw. Prawdopodobnie zajdzie konieczność rozwiązania POP w Marcie z podobnych przyczyn”. Do końca grudnia 1981 r. zorganizowano 12 spotkań z członkami PZPR z Tuczna i okolic. Na jednym z zebrań powiedziano, że „stan wojenny naraża kraj na większe straty materialne niż strajki, (…) „Solidarność” nie chciała zmiany ustroju tylko domagała się rozliczenia osób winnych za doprowadzenie Polski do kryzysu gospodarczego”. Atmosferę w środowisku nauczycielskim władze PZPR scharakteryzowały w następujący sposób: „(…) na naszym terenie nauczyciele nie należeli do „Solidarności”, to jednak jest pewna grupa ludzi, których wypowiedzi na tematy polityczne dyskwalifikują ich jako pedagogów. Poglądy te są często prezentowane publicznie w swoim środowisku”. Postanowiono przeprowadzić rozmowy z bezpartyjnymi nauczycielami, w celu przypomnienia im obowiązków, „jakie na nich ciążą”. Rozmowy ostrzegawcze prowadzono również z pracownikami urzędów oraz z rolnikami. Podczas zebrań w wiejskich POP zwracano uwagę na dostawy żywca, mleka i zboża, dyskutowano także o możliwościach zwiększenia produkcji artykułów żywnościowych. Zwrócono ponadto uwagę na brak przemysłowych środków produkcji oraz paszy treściwej. W celu poprawy sytuacji społeczno-politycznej w gminie Tuczno, władze komunistyczne powołały grupę samoobrony, liczącą 23 osoby. Składała się z 4 drużyn, jedna działała w mieście. Grupa wspólnie z ORMO patrolowała teren. W marcu 1982 r. KMG PZPR w Tucznie analizował działalność Komitetu Zakładowego (KZ) PZPR przy Państwowym Gospodarstwie Rolnym (PGR) w Marcinkowicach. Dokonano oceny wszystkich pracowników, 5 osób skreślono z listy PZPR. Do 31 maja 1982 r. odbyło się 6 narad z I sekretarzami POP. Tematem spotkań były: sytuacja społeczno-polityczna w kraju, województwie, mieście i gminie; realizacja zadań gospodarczych i produkcyjnych w poszczególnych miesiącach; przekazywanie zadań dla POP/OOP wynikających z kolejnych plenarnych posiedzeń Komitetu Centralnego (KC), Komitetu Wojewódzkiego (KW) i KMG.
   Charakteryzując porządek publiczny w pierwszym półroczu 1982 r. na terenie Tuczna i okolic, Egzekutywa KMG PZPR w Tucznie zwróciła się do działaczy partyjnych w następujący sposób: „Towarzyszki i Towarzysze! Trudna i złożona sytuacja społeczno-polityczna w kraju przed 13 grudnia, spowodowana działalnością ekstremalnych sił „Solidarności” uniemożliwiała skuteczne pokonywanie narastających z dnia na dzień trudności. Ustawiczne strajki, prowokacyjne manifestacje, zwiększająca się ilość wrogich wydawnictw, plakatów i napisów, ignorowanie i lekceważenie decyzji organów władzy ludowej, liczne przypadki szykanowania członków partii i działaczy społeczno-politycznych, miały bezpośredni wpływ na dezorganizację życia społecznego i politycznego, na pogłębiający się kryzys gospodarczy. Wzrastała przestępczość, spadła dyscyplina w zakładach pracy. Z coraz większą dokuczliwością społeczeństwo, w tym także na terenie naszego miasta i gminy, odczuwało braki na rynku, przy równocześnie narastającej spekulacji. W tej sytuacji, charakteryzującym się systematycznym rozkładem struktur państwowych, nieustającym pasmem napięć, gróźb i szantażu. Rada Państwa zgodnie z Konstytucją PRL sięgnęła po nadzwyczajne środki. W dniu 13 grudnia 1981 r. wprowadzono na obszarze całego kraju stan wojenny. Ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego”. Typowy język propagandy komunistycznej odnajdujemy również w kolejnej części charakterystyki. Zdaniem Egzekutywy wprowadzenie stanu wojennego przyjęte zostało przez społeczeństwo z „uczuciem ulgi i zrozumienia, przywróciło pewność jutra i poczucie bezpieczeństwa”.
   Wkrótce Egzekutywa KMG PZPR w Tucznie rozpoczęła realizować wytyczne wynikające z postanowień WRON. Przystąpiono m.in. do działań na rzecz przywrócenia stabilizacji społeczno-politycznej i gospodarczej w mieście i okolicy. W okresie od grudnia 1981 r. do maja 1982 r. ujawniono ok. 220 różnego rodzaju „przestępstw”. Sprawy dotyczyły m.in. wykroczeń drogowych oraz nieprzestrzegania rygorów stanu wojennego. Ukarano 25 osób na sumę 12 tys. zł. W stosunku do 90 osób zastosowano pouczenie, a na 46 osób sporządzono wnioski do kolegium ds. wykroczeń. Stosowano również działania prewencyjne. Powiadamiano zakłady pracy, wprowadzono formy nadzoru oraz dodatkowe kary w formie przekazywania do wiadomości publicznej treści orzeczeń. Zatrzymywano także pozwolenia na prowadzenie pojazdów mechanicznych. W zakresie walki ze spekulacją podejmowano działania zmierzające do jej likwidacji. Powoływano różnego rodzaju komisje odpowiedzialne za kontrole ponad 60 punktów handlowych i gastronomicznych. Brali w nich udział funkcjonariusze MO, członkowie ORMO, pełnomocnicy KOK, KKS oraz komisje antyspekulacyjne.
   Przeciwko dwóm sklepowym skierowano wnioski do kolegium ds. wykroczeń za ukrywanie towarów oraz ukarano 12 osób mandatami karnymi na sumę 3600 zł. W wyniku działań zmierzających do wykrycia nielegalnej produkcji spirytusu i handlu alkoholem, odnotowano 4 interwencje w tych sprawach. 8 osobom wręczono mandaty karne za nieprzestrzeganie dyscypliny meldunkowej. W dniach 23-25 marca 1982 roku przeprowadzono na terenie miasta i gminy Tuczno kontrolę przeciwpożarowo-porządkową. Powołano w tym celu 11 pięcioosobowych zespołów, składających się z funkcjonariuszy MO, pracowników Urzędu Miasta i Gminy, strażaków, sołtysów oraz innych upoważnionych osób. Wykorzystano również 2 wozy bojowe Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP) oraz 3 samochody MO. Skontrolowano 494 obiekty. Nałożono mandaty karne na 21 właścicieli na kwotę 6200 zł. Do najczęściej spotykanych zaniedbań zaliczono: zły stan instalacji kominowych, prowizoryczne przełączenia urządzeń elektrycznych, watowanie bezpieczników (wynikające z braku w handlu bezpieczników topionych), garażowanie pojazdów mechanicznych w nieodpowiednich warunkach (stodoły, szopy), brak porządku w obejściach gospodarskich.
   Liczne kontrole przeprowadzała również Komisja Przestrzegania Prawa i Porządku Publicznego, działająca przy Miejskiej Radzie Narodowej w Tucznie. Dokonano m.in. lustracji działalności zakładów produkcyjnych Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” (Rozlewnia Piwa i Wytwórnia Wód Gazowych, Masarnia, Piekarnia). Stwierdzono niedociągnięcia w zakresie utrzymania porządku wokół masarni, zalecono zainstalowanie wentylacji w rozlewni, natomiast w piekarni nakazano wygospodarowanie większego pomieszczenia na szatnię dla pracowników. W zakładowych OSP działających przy Państwowym Gospodarstwie Rolnym (PGR) w Marcinkowicach, w wyniku kontroli zalecono m.in. przyspieszenie budowy remizy strażackiej w Zakładzie Rolnym (ZR) w Zdbowie. Nakazano również doprowadzenie do pełnej sprawności sprzętu przeciwpożarowego oraz prowadzenie rejestru zużytego paliwa. W Ośrodku Przywodnym w Tucznie odnotowano niepunktualne przybywanie ratowników do pracy, zanieczyszczony brodzik dla dzieci oraz nieuporządkowany teren plaży. Kontrole koncentrowały się również na sprawdzaniu stanu trzeźwości użytkowników dróg, stanu technicznego pojazdów oraz posiadania dokumentów uprawniających do prowadzenia pojazdów mechanicznych. W celu przeciwdziałania demoralizacji młodzieży prowadzono rozmowy z rodzicami oraz wychowawcami. Do dyrekcji szkół oraz organizacji społecznych kierowano zawiadomienia o negatywnym zachowaniu nieletnich. W omawianym okresie odnotowano następujące kategorie przestępstw: włamania do obiektów gospodarki uspołecznionej, 1981 – 2, 1982 – 1; włamania do obiektów prywatnych, 1981 – 4, 1982 – 3; kradzież mienia społecznego, 1981 – 4, 1982 – 3; kradzież mienia prywatnego, 1981 – 1, 1982 – 2; produkcja spirytusu, 1981 – 1, 1982 – 3.
   Rozpoznanych zostało łącznie 38 spraw, w tym 37 zakończono prawomocnymi orzeczeniami o ukaraniu, w jednym przypadku doszło do uniewinnienia. 8 spraw rozpoznano w postępowaniu przyspieszonym, 22 sprawy w postępowaniu zwyczajnym, natomiast 7 spraw w postępowaniu nakazowym. Wykroczenia wynikające z dekretu o stanie wojennym z dnia 12 grudnia 1981 r. dotyczyły m.in. nieprzestrzegania godziny milicyjnej oraz nieposiadania dokumentów stwierdzających tożsamość w czasie przebywania w miejscu publicznym. W jednym przypadku rozpatrywano sprawę za niepodjęcie pracy w określonym terminie. Zastosowano w tych sprawach grzywny w wysokości od 500 do 3500 zł. W jednym wypadku podjęto zastosowanie jednego miesiąca aresztu zasadniczego. Do innych wykroczeń zaliczono m.in.: 15 przypadków prowadzenia pojazdów mechanicznych w stanie wskazującym na spożycie alkoholu bądź w stanie nietrzeźwym, 4 przypadki noszenia umundurowania bez zezwolenia oraz jeden przypadek zakłócania porządku publicznego pod wpływem alkoholu. W jednym przypadku podano treść orzeczenia w „Tygodniku Pilskim” na koszt obwinionego.
   Sytuację społeczno-polityczną na terenie Tuczna i okolic kontrolowała również Społeczna Komisja Pojednawcza, działająca przy Miejsko-Gminnym Komitecie Frontu Jedności Narodu (FJN) w Tucznie. Rozpoznano 18 spraw. Dotyczyły one m.in. zniewag i pomówień, naruszania nietykalności cielesnej oraz awantur rodzinnych. Sprawy do rozpoznania przez komisję przekazał m.in. prezes Sądu Rejonowego w Wałczu. Przy KMG PZPR w Tucznie swoją działalność prowadziła także Komisja Współdziałania Stronnictw Politycznych. W jej skład wchodzili przedstawiciele stronnictw politycznych, organizacji społecznych, młodzieżowych i kobiecych. Z inicjatywy KMG PZPR powołano w Tucznie i Marcinkowicach Miejsko-Gminny Obywatelski Komitet Ocalenia Narodowego (OKON). Komitet dokonał zmian w godzinach otwarcia sklepów i punktów usługowych. Została uruchomiona pralnia, magiel elektryczny i zakład szewski. Podjęto działania w sprawie funkcjonowania punktu skupu surowców wtórnych. W kwietniu 1982 r. Egzekutywa KMG w Tucznie analizowała sprawę reaktywowania pracy Wieczorowego Uniwersytetu Marksistowsko-Leninowskiego (WUML). W maju 1982 r. odbyło się posiedzenie plenarne KMG w Tucznie na temat „Oceny realizacji zadań instytucji i organizacji partyjnych wynikających z Uchwały VII Plenum KC PZPR oraz analiza wniosków wynikających z dyskusji nad deklaracją ideowo-programową <<O co walczymy, dokąd zmierzamy>>”. Na zebraniach POP tematyka była referowana przez aktywistów. Odnotowano spadek zainteresowania problematyką. Również niską frekwencją mogły pochwalić się seminaria dla wykładowców szkolenia partyjnego. Szkolenia były prowadzone sporadycznie przez lektorów KW PZPR i seminarzystów KMG. Zabezpieczono jedynie odpowiednią ilość biuletynów informacyjnych wydawanych przez KW.
   Na dzień 13 lipca 1982 r. PZPR w Tucznie liczyła 320 członków i kandydatów. Pojawiły się kłopoty z opłacaniem składek za członkostwo w PZPR. Zalegano na sumę 645 zł. Do miejscowej siedziby KMG PZPR zaczęły napływać skargi mieszkańców miasta i gminy. 3 listy odnotowano jako zasadne, niestety nie znamy ich treści.

dr Przemysław Bartosik
Dodano: 07-12-2016

Szkice historyczne gminy Wałcz


  Ukazała się książka autorstwa dr. Przemysława Bartosika pt. „Szkice historyczne gminy Wałcz”. Opracowanie zostało wydrukowane w twardej oprawie w nakładzie 300 egzemplarzy. Wydania podjął się Urząd Gminy w Wałczu.
  W przedmowie wójta gminy Jana Matuszewskiego możemy przeczytać: „To opracowanie o dawnej społeczności lokalnej, ludziach, którzy tu żyli. Przedstawiono losy wielu osób zaangażowanych w działalność społeczną, polityczną oraz kulturalną. Unikatowe fotografie zamieszczone w tekście sprawiają, że po książkę sięga się z przyjemnością. Autor wykorzystał wiele źródeł drukowanych, kilkanaście opracowań oraz prasę niemieckojęzyczną – w ten sposób lektura staje się jeszcze bardziej atrakcyjniejsza. Warto wspomnieć, że jest to pierwsza publikacja historyczna o przeszłości naszej gminy. Książka zawiera informacje o działalności naszych przodków od czasów najdawniejszych do zakończenia II wojny światowej (1945). Czytelnik dowie się m.in. o właścicielach pałacu w Klausdorf (Kłębowiec), nauczycielach z Rosenfelde (Różewo) oraz życiu religijnym we Freudenfier (Szwecja)”.
Dodano: 06-12-2016

Ordynacja wyborcza do Sejmu w uzgodnieniach opozycji w roku 1984

  Lata 1980/81 to powstanie społecznego pełnego nadziei ruchu protestu, eksplozja społecznych inicjatyw, ale również wyzwolenie dyskusji o strukturze przyszłego Państwa Polskiego - III Rzeczypospolitej. Wołanie Jana Pawła II na Pl. Zwycięstwa w r. 1979 o Boże pośrednictwo w odmianie naszej ziemi dodało narodowi polskiemu powstańczych skrzydeł, ale stan wojenny spowolnił i odsunął o 9 lat oczekiwane i upragnione przemiany. Nie zakończył jednak dyskusji o modelu Państwa, o demokratycznym społeczeństwie obywatelskim - która musiała zejść do podziemia.
  Kolejny osiemnasty rok transformacji ustrojowej – w której normalizacja i stabilizacja polityczna Państwa jest jeszcze daleko, dotychczasowe psucie Państwa i jego autorytetu kolejnymi nieudolnymi ustawami i aferami oddalającymi obywatelskie oczekiwania zwykłych ludzi solidarnościowego czynu, apatia społeczeństwa spowodowana bezsilnością wobec zawłaszczenia Państwa przez partyjniackie gremia i tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza – w której decydentami pozostają niemal nieusuwalni politycy - którzy owo Państwo zawłaszczyli – oto obraz dzisiejszy Polski.
  Pragnę więc przypomnieć tym – których solidarnościowy rodowód zobowiązuje do spełnienia do końca postulatów solidarnościowego ruszenia, tym wyniesionym do pełnienia centralnych urzędów, do poselskich albo senackich ław, sprawującym władzę na różnych szczeblach administracji samorządowej oraz wszystkim tym – którzy dziś stanowczo ubiegają się o realizację ówczesnych postulatów – pragnę więc przypomnieć zapisy z lat walki o polską demokrację i obywatelskie Państwo naszych ówczesnych marzeń.
  W numerze nr 26 podziemnego pisma – miesięcznika politycznego NIEPODLEGŁOŚĆ Warszawa – Kraków z m-ca lutego 1984 roku podsumowano toczącą się dyskusję nad modelem przyszłej wolnej Rzeczpospolitej. W numerze tym – w artykule „Ustrój wolnej Polski” rozdz. 1., str 13 zatytułowanym „Kilka słów wstępu” – napisano :

„(...) W naszych Założeniach Programowych /patrz „N” nr. 21/22 i następne/ prezentujemy naszą wizję ustroju przyszłej Polski. Opieramy ją zarówno na doświadczeniach 20-lecia jak i na znajomości ustrojów państw demokratycznych współczesnego świata. Chcemy naszą wizję rozwijać przez dyskusję z naszymi zwolennikami ( dop. liberalno-demokratycznymi) oraz z grupami o innym podłożu ideowym /narodowym, socjaldemokratycznym, chrześcijańsko-demokratycznym itp./”.(...).

  Na stronach 13 – 18 dokonano więc podsumowania dyskusji ujętego w 10 rozdziałów : 1. Kilka słów wstępu, 2. Trójpodział władzy, 3. Kryzysy konstytucyjne, 4. Prezydent, 5. Silny parlament- 4 czy 5 przymiotników ?, 6. Władza wykonawcza, 7. Opozycja pozaparlamentarna, 8. Izba wyższa parlamentu, 9. Zmiany Konstytucji, 10. Wolność i demokracja. Artykuł ten podpisany został przez Józefa K. – co oczywiście było pseudonimem autora. Zabiegających o realizację najważniejszego dziś postulatu ustrojowego od którego trzeba zacząć naprawę Państwa jakim jest wprowadzenie opartej na JOW ordynacji większościowej- będzie oczywiście interesował rozdział 5, przytoczę więc go w całości.
„Wielu naszych czytelników zwróciło na tę słabość uwagę, czytając nasze Założenia Programowe i otrzymaliśmy wiele listów, pouczających nas o zgubie, do jakiej prowadzi „sejmokracja”. Widać, że antydemokratyczne uwagi Piłsudskiego sprzed 60 lat są ciągle żywe, nawet u najmłodszych. Być może dokłada się tutaj propaganda komunistyczna, opluskwiająca tzw. „demokrację zachodnią”. My też doskonale zdajemy sobie sprawę ze słabości klasycznej demokracji parlamentarnej, np. w takich krajach jak Włochy, Belgia, Holandia czy Dania. Uważamy jednak, że silna władza wykonawcza (dop. prezydencka) nie jest dla Polaków odpowiednim lekarstwem na słabość demokracji.
  Słabość rządów parlamentarnych w Polsce do maja 1926 roku oraz np. we współczesnych Włoszech, wynika z faktu niewytworzenia się w procesie historycznym dwóch silnych ugrupowań politycznych, mogących zmieniać się /według życzeń wyborców, wyrażonych w głosowaniu/ w tworzeniu większości w Parlamencie /Sejmie/. Jeśli takich dominujących ugrupowań brak, w Parlamencie reprezentowane są liczne średnie i małe partie tworzące nietrwałe sojusze. Rezultatem takiego stanu rzeczy są ciągłe upadki gabinetów i brak silnej władzy, czyli klasyczna /według Piłsudskiego/ „sejmokracja”. We Włoszech nie ma to specjalnie znaczenia, bo nastąpiło duże przyzwyczajenie społeczeństwa do takiego stanu rzeczy i gospodarka i życie społeczne biegnie spokojnie i nikt praktyczne nie zauważa braku sprawnego rządu. We Włoszech jednak nikt nie woła „czy wreszcie ktoś weźmie to wszystko za pysk !!!”, a istnieje uzasadniona obawa, że w analogicznej sytuacji w Polsce długo bez zamachu stanu by się nie obyło. Jak więc możnaby było osiągnąć silne rządy parlamentarne bez tradycji systemu dwupartyjnego ?
  Wiadomo, że mnogość partii w Parlamencie jest wynikiem zastosowania zasady 5-cio przymiotnikowych wyborów do Parlamentu, czyli /wg. brzmienia Konstytucji Marcowej z 1921 roku/ wyboru posłów w „głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym i stosunkowym /tj. proporcjonalnym – Red./”. Dzięki piątemu przymiotnikowi, skład parlamentu dokładnie odzwierciedla wyborcze sympatie w społeczeństwie. Jest to zasada sprawiedliwa, lecz nie we wszystkich ustrojach stosowana. Istnieje wiele państw /np. Anglia, Francja, RFN/, gdzie stosuje się starodawną zasadę, w myśl której tworzy się okręgi wyborcze, wybierające tylko jednego posła do Parlamentu. Głosowanie jest więc na osobę a nie na listę partii, poseł jednak reprezentuje tylko większość wyborców, mniejszość nie ma swojego reprezentanta. System ten ma dwie zalety : po pierwsze faworyzuje większość i eliminuje drobne ugrupowania. Umożliwia więc osiągnięcie przez najpopularniejszą partię większości parlamentarnej i utworzenie przez nią stabilnego rządu. Po drugie, wyborcy z danego okręgu mają świadomość, że reprezentuje ich konkretna osoba a nie lista. System okręgów jednomandatowych został jednak w wielu państwach uznany za niesprawiedliwy, ponieważ – jak to powiedzieliśmy wyżej mniejszość w danym okręgu nie ma w ogóle swego reprezentanta. Stąd też, powstał w XIX wieku, jako sprawiedliwszy projekt wyborów proporcjonalnych. Taki system wprowadziła, cytowana wyżej, polska Konstytucja z 1921 roku /Marcowa/ i niestety stosowanie tej zasady doprowadziło do krytykowanego przez Piłsudskiego bałaganu i „sejmokracji”. Nasze ugrupowanie, przyjmując wiele zasad Konstytucji Marcowej, optuje jednak za zasadą wyborów czteroprzymiotnikowych (okręgi jednomandatowe) jako umożliwiającą powstanie sprawnej większości parlamentarnej.
  Jest kilka typów wyborów w okręgach jednomandatowych. Najbardziej skrajny /”antydemokratyczny”/ jest model brytyjski, gdzie posłem zostaje kandydat, który w danym okręgu zebrał więcej głosów niż konkurenci. Teoretycznie więc, przy sześciu kandydatach , z których pięciu dostało po 16 głosów /razem 80 %/, a szósty – 20 % - posłem zostaje ten ostatni, mimo iż aż 80 % wyborców wolało innych. Można sobie więc wyobrazić sfrustrowanie opozycji, bowiem popularność danej partii niewiele może w skrajnym wypadku mieć wspólnego z ilością zdobytych przez nią mandatów poselskich. Bardziej „sprawiedliwy” wydaje nam się system francuski, gdzie aby być wybranym, należy uzyskać ponad 50 % ważnych głosów, oddanych w danym okręgu. Jeśli z grupy kandydatów żaden nie otrzyma tej liczby głosów, urządza się drugą turę głosowania i dopuszcza do niej dwóch kandydatów z pierwszej tury, którzy zdobyli najwięcej głosów. Poseł z danego okręgu reprezentuje więc formalnie ponad połowę wyborców. Jest to więc system znacznie sprawiedliwszy od brytyjskiego, a poza tym zachęca partie polityczne do tworzenia sojuszy, trwałych na ogół w czasie trwania kadencji parlamentu.
  W RFN natomiast wyborca dysponuje dwoma głosami. Pierwszy głos oddaje na listę nazwisk odpowiadającej mu partii politycznej. Jeśli partia ta uzyska więcej niż 5 % głosów w skali kraju to uzyskuje prawo do proporcjonalnej reprezentacji w Bundestagu. Drugi głos wyborca oddaje na jednego z kilku wymienionych z nazwiska kandydatów. W ten sposób zostaje według normalnych reguł większościowych wybrany poseł, reprezentujący dany okręg wyborczy, niezależnie od swojej przynależności partyjnej.
  W naszych Założeniach proponowaliśmy wybór pomiędzy systemem wyborczym RFN a Francji, lecz wydaje się nam, że system RFN nie jest konsekwentny, jako że jest mieszanką systemu jednomandatowego i proporcjonalnego. Natomiast system francuski byłby chyba najłatwiejszy do zaakceptowania przez Polaków, chociażby z powodu powszechnego stosowania klauzuli 50 % uzyskanych głosów w wyborach do różnych ogniw „SOLIDARNOŚCI”.  
  Tyle o Parlamencie. W rozdziale 10. podsumowano dyskusję, jakby kładąc kropkę nad „i” - „Proponowany przez nas kształt ustroju wolnej Polski jest więc demokratyczny – chcemy sprawnych rządów większości. (...) Stąd więc nasze obawy przed powierzeniem silnej, niekontrolowanej władzy komuś, kto w danym momencie byłby nawet przez wszystkich uważany za najlepszego z Polaków. Takie przygody z władzą autorytarną różnych narodów nie kończyły się na ogół dla nikogo dobrze !”.
  Dyskusja nad modelem Państwa toczyła się dalej, w następnych numerach podziemnego liberalno- demokratycznego czasopisma „Niepodległość”. Przypomnijmy – był to rok 1984, nie znane były wtedy doświadczenia włoskie a ruch „magioritario” który wywalczył we Włoszech ordynację większościową z JOW-ami zrobił to po niespełna 10 latach. Również niedawno z Niemiec napłynęły głosy o potrzebie reformy wadliwego, korupcjogennego i nieudolnego systemu wyborczego opartego tylko w 50 % na JOW-ie a w 50 % na systemia partyjnym czyli proporcjonalnym.
  W numerze 28 „Niepodległości” z m-ca kwietnia 1984 r. na stronach od 7 do 27 zamieszczone są niezwykle interesujące listy czytelników podziemnego pisma. Nie ma tu miejsca aby przytoczyć choć jeden. Listy te, pochodzące od osób fizycznych i członków różnych podziemnych struktur partyjnych zaowocowały czymś na kształt platformy ideowej, wypracowanych i spisanych tez składających się z czterech części.
I. Część pierwsza zatytułowana „Założenia programowe – jedność w różnorodności (propozycja platformy współpracy opozycji polskiej)” zawiera wskazówki dotyczące taktyki działań opozycji polskiej w najbliższych latach zmierzające do uzyskania niepodległości. Całość spisana jest w 12 punktach rozpoczynających się wstępem : „ Przyjmujemy za punkt wyjścia, że w cywilizowanych państwach pod koniec XX w. nie powinna występować instytucja „pojednanie” Narodu z Władzą – a porozumienie może dotyczyć jedynie terminu przekazania przez dyktatorów władzy legalnie wybranemu rządowi”.
II. Część ta zatytułowana jest : „Polska jutra (propozycja programu Podziemnego Porozumienia Politycznego). Składa się ona z dwóch części : A. Zasady ustroju państwa, B. Zasady polityki zagranicznej.
III. Program partii liberalno-demokratycznej.
IV. Aneks, który zawiera strategię przejścia od komunizmu do gospodarki liberalnej.

  Nas oczywiście najbardziej interesuje część II - A. zawierająca w 11 punktach najważniejsze założenia ustrojowe.

Zasady ustroju państwa

Polska powinna być krajem nowoczesnej, sprawnej demokracji o ustroju opartym na zmodyfikowanych zasadach Konstytucji Marcowej z 1921 r.

1. Najwyższą władzę ustawodawczą sprawuje dwuizbowy Parlament.

2. Posłowie Izby Niższej /Sejmu/ są wybierani w okręgach jednomandatowych na zasadach większościowych co ułatwia powstanie większości parlamentarnej.

3. Izba Wyższa Parlamentu – Senat /Izba Ziem/ jest wybierana spośród członków zgromadzeń prowincjonalnych na zasadach proporcjonalności. Może ona skierować do ponownego rozpatrzenia w Izbie Niższej wszelkie ustawy w ściśle określonym czasie od ich uchwalenia. Jest ona dodatkowym głosem opinii publicznej lecz nie ogranicza sprawności rządzenia.

4. Najwyższą władzę wykonawczą sprawuje Prezydent poprzez Premiera, którego desygnuje większość parlamentarna.

5. Prezydent wybierany jest na wspólnym posiedzeniu obu Izb Parlamentu. Reprezentuje on Państwo Polskie, mianuje Sędziów Sadu Najwyższego, rozwiązuje Parlament na wniosek Premiera oraz rozpisuje wybory. Wszelkie jego dekrety wymagają podpisu /kontrasygnaty/ Premiera lub odpowiedniego Ministra.

6. Premier i Ministrowie muszą być posłami, aby byli politycznie odpowiedzialni osobiście przed wyborcami. Doradców i ekspertów wybierają według własnego uznania.

7. Jednostki regionalne – Województwa /Ziemie/ posiadają własne zgromadzenia prowincjonalne /Sejmiki lub Ziemstwa/, wybierane na zasadach wyborów proporcjonalnych /pięcioprzymiotnikowych/. Do ich kompetencji należą wszelkie sprawy lokalne, oprócz zastrzeżonych dla władz centralnych /obronność, policja kryminalna, polityka zagraniczna i monetarna/.

8. Sądownictwo funkcjonuje niezależnie od władz państwowych, a jego wewnętrzna struktura oparta jest o zasadę samorządności.

9. Wojsko i policja są apolityczne. Wojskowi i policjanci nie mogą należeć do żadnej partii politycznej.

10. Zakres podstawowych praw jednostki gwarantowanych przez Konstytucję, takich jak : swobody polityczne, wolność, własność, nietykalność osobista, równość wobec prawa, wolność słowa, zrzeszania się i informacji – może być modyfikowany jedynie po zastosowaniu długiej procedury i przegłosowaniu w obu Izbach Parlamentu i większości Zgromadzeń Prowincjonalnych.

11. Mniejszości narodowe w Polsce mają konstytucyjnie zagwarantowane swobody nieskrępowanego narodowego, politycznego, religijnego i kulturalnego rozwoju.

  Tekst ten, zawierający propozycje programowe Polskiego Państwa po uzyskaniu niepodległości a będące porozumieniem polskiego podziemia politycznego – przypominam - powstał w roku 1984. Istniała więc wizja demokratycznego Państwa, za które warto było dalej walczyć, za które warto było siedzieć w więzieniu czy w odosobnieniu na internowaniu. Wielu zapłaciło wysoką cenę. Ale wielu z nich przeżyło i przeżywa nadal frustrację czy niespełnienie widząc co zostało z podziemnych deklaracji czy wspólnych programów na niepodległość. Nie ma żadnych wątpliwości, że część opozycji świadomie “zapomniała” podczas ustaleń w Magdalence o wcześniejszych planach państwa obywatelskiego którego podwaliną jest demokratyczny, jak w największych demokracjach świata – stosowany odwiecznie, większościowy wybór przedstawicieli do różnych szczebli samorządowej władzy. To tam, w Magdalence wybrali wyborczy system partyjny i zapewniającą partyjnym liderom nieusuwalność ordynację proporcjonalną. Stali się zawłaszczając władzę po prostu okupantem polskiego społeczeństwa.

  Tygodnik “Wprost”, który jako jedno z nielicznych czasopism rozumiejących wielką wagę problemu i który upomina się publicznie o zmianę systemu wyborczego i wprowadzenie ordynacji większościowej w Polsce w dniu 3 grudnia 2006 r. napisał : “Wielkim wołaniem o ordynację większościową były wybory samorządowe”. Czy jednak ktoś z odpowiedzialnych za Polskę decydentów to wołanie usłyszy, czy dotrą wyniki kolejnych badań społecznych świadczące o tym, że Polacy w zdecydowanej większości chcą wybierać swoich przedstawicieli do organów samorządowych, a do Sejmu w szczególności w systemie większościowym? Czy musi dojść w Polsce do kolejnego wybuchu społecznego niezadowolenia ?

Wojciech Kulesza

Autor jest lekarzem, członkiem Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), który od blisko dwudziestu lat walczy o zmianę ordynacji wyborczej w wyborach parlamentarnych w Polsce.

Dodano: 04-12-2016

Wspomnienia Polaków przebywających w Kreis Deutsch Krone w okresie II wojny światowej

  Moje zainteresowania regionalne skoncentrowały się początkowo na czasach II wojny światowej, bowiem po jednym ze spotkań z byłymi robotnikami przymusowymi, którzy przebywali na terenie powiatu wałeckiego w latach 1939-1945, doszedłem do wniosku, iż pamięć o Tych co przeżyli okres hitlerowskiej niewoli jest godna wspomnień, a historia tamtych wydarzeń warta poznania i spisania. Niezapomniane do dziś chwile refleksji, wyniesione po owych spotkaniach, zaowocowały wnikliwym spojrzeniem na niniejszą problematykę. Po wielu penetracjach badawczych ustaliłem, iż najwartościowsze dla mnie materiały, a więc pamiętniki, wspomnienia i relacje jeńców wojennych oraz robotników przymusowych znajdujących się w latach 1939-1945 w powiecie wałeckim, można odnaleźć głównie w archiwaliach koszalińskich i słupskich. Chodziło zwłaszcza o materiały Archiwum Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Koszalinie (OKBZH Koszalin). W wyniku wielu nieścisłości okazało się, że część relacji i wspomnień musiałem uzyskać na nowo bądź przeprowadzić je po raz pierwszy, większość z nich wykorzystałem do swoich początkowych publikacji na ten temat.
  Wspomnienia robotników przymusowych, którzy przebywali m.in. w powiecie wałeckim w latach II wojny światowej, zostały w głównej mierze zebrane przez Tadeusza Gasztolda. Przez wiele pierwszych lat swojej zawodowej pracy dziennikarskiej (w Koszalinie i w Szczecinku), w atmosferze pogłębiającego się zapału w pogoni za świadkami i świadectwami niedawnej historii, przemierzał T. Gasztold drogi i gościńce także miejscowości powiatu wałeckiego. Docierał rowerem, potem motocyklem (WFM-ką) do najbardziej oddalonych, zapomnianych wsi i przysiółków, gdzie osiedli byli polscy robotnicy i żołnierze września, przymusowo pracujący na tym terenie w latach II wojny światowej. Spisywał ich przeżycia, doświadczenia, zbierał dokumenty, chronił przed zniszczeniem bezcenną wartość źródłową o ludziach zniewolonych, upodlonych, lecz i egzystujących z nadzieją przetrwania. Tę niemożliwą do przecenienia swoistą misję i posłannictwo kontynuował Tadeusz Gasztold pracując w Stacji Naukowej PTH w Słupsku. Zebrał i opracował dalsze relacje i wspomnienia polskich niewolników III Rzeszy na Pomorzu Zachodnim. Jest ich ponad 300 w odniesieniu do lat 1939-1945. Po rozwiązaniu Stacji Naukowej PTH źródła te stanowią depozyt w zbiorach specjalnych Biblioteki Głównej Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku.
  Zaprezentowane wspomnienia z wałeckiej niewoli l. 1939-1945, opracowano m.in. na podstawie badań historycznych prof. T. Gasztolda. Głównym ich zadaniem jest ukazanie nowych wątków opisywanego problemu, w ogólnym znaczeniu ich celem jest również zasilenie wciąż skromnej literatury naszego regionu.

WSPOMNIENIA

Bartłomiej Lisiewicz:

  Wywieziony zostałem do Niemiec w 1940 r. Jechałem z grupą kilkuset osób w specjalnym transporcie z Poznania. Wieziono nas wagonami osobowymi. Eskortowali esesmani. Nie wolno było wychodzić w czasie postoju pociągu na perony. [...] Przywieziono nas bezpośrednio do Wałcza, gdzie pod nadzorem pracowników miejscowego urzędu pracy przydzielano nas na poczekaniu do poszczególnych pracodawców. Miało to charakter prawdziwego targu niewolników. Niemcy, przedsiębiorcy oraz bauerzy i junkrzy chodzili patrząc na nas, często pytając ile ktoś ma lat, gdzie pracował, jakie ma kwalifikacje, żonaty czy nie żonaty. Pomału nasza grupa licząca kilkaset osób znikała sprzed dworca kolejowego w Wałczu. Przyszła i kolej na mnie. Podszedł do mnie Herrn Otto Zell [...] i poważnym głosem zapytał przez tłumacza czy znam się na pracy w rolnictwie. Powiedziałem, że trochę. Jo gutt – powiedział i wskazał mnie, żeby iść za nim. Tłumacz zdążył jeszcze mi powiedzieć – był to jeden z naszych robotników przyszłych, że ten pan zabiera mnie do roboty w majątku. Wlokłem się za pracodawcą na peron, gdzie stał już pociąg. Przez Sypniewo dojechaliśmy pociągiem do Jastrowia. Czułem się – muszę powiedzieć bardzo nieswojo. Obce lasy, pola – była to wiosna. Obce twarze w pociągu. Nic nie mówiące. Nadęte. Pociąg przystawał na wielu stacyjkach. Wsiadali i wysiadali Niemcy, kobiety z charakterystycznie związanymi chustkami na głowie. [...] Byłem myślami w domu, w rodzinie wśród bliskich, którzy też zostali rozproszeni po całym świecie.
  Podjąłem pracę jako robotnik podwórzowy w majątku. Traktowałem tę pracę oczywiście jako zło konieczne. Wiedziałem, że trzeba jakoś przetrwać czy tu czy w kraju. Zamieszkałem w baraku, który przydzielił mi Zell. Przebywało tam już kilkudziesięciu rodaków – byłych jeńców wojskowych. [...] Bardzo nas smuciły porażki radzieckie o których donoszono w specjalnych meldunkach w niemieckim radiu. Musieliśmy przerwać pracę, żeby tych meldunków wysłuchiwać. Jakież były miny Niemców zadowolone. A my mieliśmy miny markotne, smutne. [...] W 1941 r. w czerwcu, lipcu i sierpniu żyliśmy tylko wiadomościami uzyskiwanymi z radia niemieckiego i gazet, które nam chętnie udostępniano. Podstawowym źródłem informacji stały się komunikaty radia BBC oraz wiadomości, przywożone przez innych robotników na roboty z kraju.
  Wielokrotnie przyjeżdżałem do Kłomina z ziemniakami oraz brukwią dla oficerów polskich w obozie. Nie wolno nam było wchodzić za druty. Rozmawialiśmy jednak z oficerami, gdyż oni stali zawsze, jak ktoś przyjeżdżał za drutami i podawali nam rzucając papierosy amerykańskie, czekoladę. W czasie wojny nasi rodacy często udawali się nielegalnie do Złotowa. Chodziliśmy w nocy przez lasy, pola. Organizatorem tych wypadów nocnych był Polak Dropkiewicz, który miał rodzinę [...] w Wiśniewce. Zanosiliśmy im żywność i od nich też otrzymywaliśmy żywność. Nastroje wśród ludności rodzimej, która była zdziesiątkowana przez Niemców były dobre. Ale pojawiały się też załamania psychiczne i brak wiary w zwycięstwo nad hitleryzmem. [...] Oprócz żywności, której odczuwaliśmy stały brak, [...] najbardziej we znaki dawało się brak odzieży i obuwia. Kiedy przyszedł transport Polek z GG, było to w 1944 r., same młode dziewczyny od 12 do 20 lat, było to co prawda latem, ale one nie miały nic oprócz letnich sukieneczek. Przyszła jesień i wtedy musieliśmy im pomagać, ażeby nie chorowały. Nie miały dosłownie co nałożyć. Niemcy w ogóle tym się nie interesowali, pędząc jedynie do pracy.
  [...] Pod koniec stycznia zaczęto wywozić maszyny z zakładów pracy w Jastrowiu oraz opróżniać magazyny. Część Niemców wysyłała swoje rodziny na zachód. Praca jednak trwała normalnie. Do kopania okopów szli Niemcy i Polacy pod nadzorem wojska. 29 i 30 stycznia rozpoczęła się paniczna ucieczka wszystkich mieszkańców Jastrowia oraz okolicznych wsi. Niemcy płakali jak bobry. [...] Z dniem chyba 1 lutego rozpoczęły się walki [...]. Miasto i nasz blisko położony mająteczek opanowały oddziały SS. [...] Bili krowy, świnie i gotowali nie zważając na nic. Jedynym ich argumentem był karabin. Do Zagórza oddziały polskie, witane przez nas entuzjastycznie, gdyż nie wiedzieliśmy, że idzie tu właśnie polskie wojsko – weszły z rana. Niemcy nie stawiali w majątku wielkiego oporu. Uciekali na Sypniewo oraz Brzeźnicę do Szczecinka, a także na Podgaje. Potem kiedy przechodziłem tamtędy widziałem, było to dwa dni po przejściu frontu, setki niemieckich i polskich zabitych. Najwięcej Polaków poległo w rejonie elektrowni, w lesie przy forsowaniu chyba rzeki. Przed ucieczką Zell dał mi zaświadczenie, jak i innym Polakom, którzy u niego pracowali. Wierzył głęboko, że jeszcze tu wróci. Prosił, żeby doglądać jak swoje krowy i świnie, a także pozostawione konie.
  [...] Po wejściu wojsk polskich oraz zajęciu Jastrowia wszyscy przenieśliśmy się do Jastrowia. Był tu niesamowity ruch. Tysiące osób wracających z Niemiec oraz oddziały polskich oficerów, którzy zostali uwolnieni w Grossborn (Kłomino) zatrzymało się w miasteczku. Zajęli oni wszystkie niemal kwatery poniemieckie. Inne zajmowali żołnierze polscy, radzieccy oraz polscy i francuscy cywile. Z tych czasów pamiętam dobrze sylwetkę niemieckiego lekarza. Dr Kroll Werner, to Niemiec, który był tu lekarzem. [...] Dr Kroll przyjmował Polaków. Dawał nawet zwolnienia w uzasadnionych wypadkach. Nie brał opłat. W czasie jednej potyczek z wilkołakami zostałem ranny. W tych pierwszych dniach wolności dr Kroll był jedynym lekarzem, który niósł pomoc setkom potrzebującym. Korzystali z tej pomocy żołnierze frontowi polscy i radzieccy, powracający do domów byli jeńcy Polacy, Włosi, Rosjanie, Amerykanie i Jugosłowianie. Z kolei gdy front przeszedł, dr Kroll pomagał repatriantom przybywającym do Jastrowia i okolicy. Zawsze opanowany, życzliwy, ofiarny, z uśmiechem na twarzy. Mieszkał on przy ul. Kilińszczaków, gdzie obecnie jest ośrodek zdrowia. Kiedy organizowaliśmy dla Niemców po wyzwoleniu miejsca na mieszkanie coś w rodzaju getta, to Kroll nie został tam zabrany, gdyż potrzebny był stale w swoim gabinecie.
  Miał miejsce także wypadek, że miasteczko było zagrożone przez rozbite oddziały niemieckie, które chciały przedostać się na zachód. Otrzymaliśmy wszyscy broń, a w pierwszym szeregu stanęli do ewentualnej walki byli polscy oficerowie z oflagu. Zapoznałem jednego z tych oficerów nazwiskiem Reszke czy Raszke z Grodziska Wielkopolskiego, który do dziś pracuje tam jako lekarz weterynarii. [...] Do oddziałów na prędce formowanych stanęło ok. 130 polskich oficerów. Obstawiliśmy wszystkie drogi wjazdowe do miasta oraz ważniejsze miejsca. Wykryliśmy także spisek wśród pozostałej zresztą nielicznej ludności niemieckiej, która udzielała pomocy hitlerowcom ukrywającym się w mieście w różnych zakamarkach i strychach. [...] W czasie opuszczania miasta hitlerowcy dopuścili się zbrodni przy ulicy Tepferstrasse w piekarni, gdzie zabite zostały przez nich dwie polskie dziewczyny. Podobnie w barakach, w łagrze koło dworca kolejowego zginął Polak z rodziną, fryzjer. Przyczyną śmierci wymienionych osób było to, że nie uciekały one na zachód zgodnie z instrukcją hitlerowską, a ukrywały się ażeby zostać na miejscu.
  W pierwszych dniach po wyzwoleniu było nas stałych mieszkańców, znaczy tych którzy tu pracowali w czasie wojny 37 osób. My stanowiliśmy właściwie pierwszą kadrę dla polskiej władzy. Burmistrzem był Władysław Pindera. [...] Komendantem MO był Stanisław Garstecki, w milicji służyli: Leon Lisiewicz, Tadeusz Fortuna, Bronisław Ordon, Tadeusz Gliński, Jan Gintrowski, Leon Ozeniak, Leopold Bloch. Pierwsze zebranie polskich władz, organizacyjne odbyło się w marcu.

Józef Frankowski:

  Wywieziony zostałem na roboty przymusowe w 1942 r. do Elbląga, gdzie zostałem przydzielony przez Arbeitsamt do pracy w firmie Luftgangnachrichtung Regiment II. [...] Treścią mojej pracy oraz całej firmy była naprawa sprzętu radiotechnicznego. Pracowałem jako stolarz wykonując różne części drewniane. Były to aparaty przywożone z frontu, całkowicie rozbite oraz zużyte. Przez rok chyba pracowałem następnie w tej samej jednostce w Królewcu. Na skutek bombardowań firma została rozproszona i w 1943 r. jeden jej oddział został zlokalizowany w Jastrowiu (Jastrow, Kreis Deutsch Krone). Objęliśmy baraki znajdujące się w pobliżu dzisiejszej plaży w lesie. Tutaj po kilku tygodniach prac adaptacyjnych ruszyła produkcja. Dokładnie o jej treści nie mogę powiedzieć, gdyż nam przydzielano pracę wyłącznie w jednym dziale, także nie wolno było wchodzić do innych pomieszczeń. Załogę stanowili częściowo Niemcy, a częściowo Holendrzy oraz Czesi. Polaków było niewielu. Mieliśmy ostry zakaz, podpisany na specjalnym papierze, że nie powiemy co produkujemy choć sami nie wiele na ten temat wiedzieliśmy. [...] Jeśli chodzi o Jastrowie to w mieście tym według mojego rozeznania pracowało w czasie wojny (1944 r.): Polaków – ok. 150, Francuzów – ok. 50, Rosjan – trudno określić ilość, gdyż byli to jeńcy nie mający w zasadzie prawa chodzenia, a przebywali w obozach jenieckich tzw. Kriegsgefangenenarbeitskommando. Nieliczna grupa cywilnych Rosjan oraz Białorusinów i Ukraińców pracowała u gospodarzy; Holendrów – 10 osób.
  Obóz robotników przymusowych znajdował się koło dworca kolejowego. Znajdowało się tam kilka dużych baraków, skąd Polacy głównie chodzili na roboty do bauerów oraz miejscowych zakładów przemysłowych i rzemieślniczych. W obozie był tzw. Lagerfuehrer, który czuwał nad porządkiem i nie wpuszczał nigdy osób nie zamieszkałych w tym obiekcie. Nieoficjalnie jednak od czasu do czasu odwiedzaliśmy kolegów – zapoznanych w Jastrowiu, a mieszkających w tych barakach. Na uwagę zasługuje fakt, że nasi koledzy z mojej firmy dostarczyli i pomogli skonstruować aparat odbiorczy, który przechowywał i obsługiwał w tym obozie Poznaniak nazwiskiem Wojkowiak, mający obecnie na terenie Poznania warsztat naprawy telewizorów i aparatów radiowych. Warsztat ten mieści się na Łazarzu. Był on już wtedy mechanikiem radiowym. W wielkiej tajemnicy oraz przy małym gronie najbardziej zaufanych przyjaciół, słuchaliśmy atrakcyjnych audycji BBC w języku polskim i niemieckim. Odbiornik ulokowany był w łóżku, które miało podwójną ściankę. Otrzymywanie tak świeżych wiadomości stanowiło dla nas ważny moment podnoszenia morale. Wiadomości te kolportowaliśmy w formie gdzieś zasłyszanych wśród kolegów, a nawet Niemców. Ci jednak nie podejrzewali nas iż posiadamy radio.
  W 1944 r. masy wojsk niemieckich ciągnęły od strony Piły. Budowano w okolicy jakieś umocnienia, lecz ja w budowie ich nie uczestniczyłem. Gdzieś w końcu stycznia 1945 r. nasza załoga wyniosła się specjalnymi samochodami, a część pozostałego sprzętu i baraki oblano benzyną i podpalono. My uzyskaliśmy kilka dni wolnych. Miano nas zabrać na zachód, ale zbliżał się front więc uciekliśmy do majątku Zagórze (Elsenhortz). Z jedną polską rodziną zostaliśmy do przybycia frontu. Miasto Jastrowie zostało ewakuowane. Pozostało zaledwie kilkanaście osób, przeważnie starców. Wszędzie były oddziały niemieckie. W okolicy hitlerowcy spod znaku SS dokonali zbrodni na kilku Polakach, lecz szczegółów nie znam. Przyczyną rozstrzelania było to, że ludzie ci nie realizowali rozkazu o ewakuacji i pozostawali na miejscu. Miało to miejsce w Zagórzu. Gospodarzył w tym majątku Polak Bartłomiej Lisiewicz, który tam pracował ostatnio.
  Po zdobyciu Jastrowia wszystkie mieszkania niemieckie zostały zajęte przez oficerów z Kłomina, którzy częściowo wyjeżdżali do kraju, oczekując na wolne miejsca w samochodach wojskowych. Toczyły się jeszcze walki, gdyż w lasach okolicznych pozostało wielu Niemców, którzy napadali na mniejsze kolumny wojskowe. Weszły do miasteczka także oddziały radzieckie. Organizowano od pierwszego dnia prace nad uprzątaniem skutków walk. Stały wozy, czołgi rozbite oraz leżało wiele niemieckich trupów żołnierzy. [...] Miasto roiło się od różnego rodzaju ludzi powracających do kraju z robót – Francuzów, Jugosłowian, Rosjan i Polaków. Byli to ludzie schorowani, często ranni, zbiedzeni, wyniszczeni tak jak każdy z nas. Pamiętam, że pomocy sanitarnej udzielał niemiecki lekarz. Nazywał się dr Kroll. Do czasu przybycia dr Opalskiego znakomicie spełniał rolę kierownika punktu sanitarnego w Jastrowiu. [...] Miał dwie córki dorastające. Przeżywał głęboko fakt popełnienia na jednej córce gwałtu. Przez kilka dni w czasie pobytu w Jastrowiu po wyzwoleniu, córki dr Krolla służyły u polskich oficerów wracających z niewoli.
  Pamiętam dobrze, kiedy nad Jastrowiem zawisła groźba wejścia wojsk niemieckich, które przez lasy przedzierały się z Piły. Zmobilizowano rezerwy. [...] Na szczęście postawa sierżanta Miałszygrosza uratowała Jastrowie od masakry, on mianowicie przyczynił się do tego jako komendant wojenny miasta, że jednostki niemieckie ominęły Jastrowie. Powiedział podstępem napotkanym jednostkom niemieckim kiedy stał na warcie, że w miasteczku są silne oddziały polskie i radzieckie. To miało spowodować zmianę kierunku marszu Niemców. [...] Ze znanych mi Polaków, którzy w czasie wojny pracowali w Jastrowiu mieszkają: Lisiewicze, Gintrowski Jan, Fortuna Bronisław, Frankowska z domu Narożyńska oraz Odzeniak Leon pracujący w elektrowni miejskiej. Pierwszym burmistrzem był Władysław Pindera, zamieszkały obecnie w Poznaniu na Sołaczu, który tu też był w czasie wojny, a mieszkał w omówionym niżej łagrze.

Stanisław Wawrzynowicz:

  Byłem w jakiejś sprawie w Sarnach. Nagle na ulicy pojawili się Niemcy i policjanci ukraińscy. Zamknęli ulice i nie można było wyjść. Musiałem poddać się jak wielu. Załadowano nas do aut. [...] W Sarnach był duży dworzec, stacja węzłowa. Stał już pociąg, do którego nas załadowano i po kilku godzinach pociąg ruszył. Nic nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy. [...] Transport trwał trzy dni. W czasie drogi otrzymywaliśmy marne wyżywienie dawane nam na stacjach. Było to najczęściej kawa oraz chleb. [...] W pociągu tym było ok. 2 tys. osób. Wszyscy zostaliśmy przewiezieni do Piły do Durchgangslagru, gdzie musieliśmy przejść kwarantannę. Polegała ona na badaniach lekarskich, ewidencji. Następnie zostałem skierowany do majątku Górnica koło Łubna w powiecie wałeckim, gdzie pracowało w tym czasie: Polacy – 5, jeńcy Rosyjscy – 20, Włosi – 10.
  Sytuacja moja w majątku w Górnicy była nienajgorsza. Pracowałem jako traktorzysta. Musiałem przejść krótki kilkudniowy kurs prowadzenia pojazdu oraz umiejętność wykonywania przy nim podstawowych czynności. [...] Stamtąd skierowano mnie za pośrednictwem Arbeitsamtu w Wałczu do Łubna (Lueben) do bambra Paula Niedera. Przyjął mnie dość zimno. Ach, to ten Polak, dobrze, będziesz u mnie pracował. Tutaj jest obora, tam stodoła, a mieszkać będziesz w pokoju na strychu, jeść także tam. Tak to mniej więcej wyglądało. Tutaj musiałem wykonywać wszystkie czynności gospodarskie. Pracy było za dużo. Nie miałem wcale wolnego włącznie z niedzielami, kiedy to musiałem wykonywać takie prace jak drapanie piór gęsich, gdyż Niemiec trzymał wiele gęsi ok. 500 sztuk i część ich zabijał, odstawiając mięso, a pióra także sprzedawał, ale drapane. [...] Jedzenie otrzymywałem nienajgorsze, lecz inne niż sami jedli. [...] Od czasu do czasu otrzymywałem po kilka marek zwłaszcza wtedy, gdy musiałem zapłacić karę pieniężną za różne przewinienia, które określał wachmaister żandarmerii. Były to m.in. kary za oddalenie się do innej wsi lub spóźnienie się do domu, używanie roweru kiedy właściciel dawał na wyjazd do pola, a wachman za to karał [...].
  Na terenie Łubna pracowało: Polacy – 20 osób w tym 10 u gospodarzy i 10 w majątku, jeńcy rosyjscy – 50 osób (ich lager znajdował się w majątku), Francuzi – 50 osób (także jeńcy w majątku). Utrzymywaliśmy stałe kontakty z Rosjanami, którzy mieli bardzo trudne warunki żywnościowe. Przekazywaliśmy im jedzenie w postaci kartofli, chleba, a czasem i mięsa, jeśli udało się ukraść u swoich bauerów. Od nich otrzymywaliśmy ubranie wojskowe, koszule, buty. Były to zapewne rzeczy tych ich kolegów, którzy zmarli. Nas to nie odstraszało, gdyż pod względem odzieży nasza sytuacja była taka jak ich pod względem wyżywienia. [...] Kiedyś chyba w 1943 r. zapanowała jakaś choroba wśród obcokrajowców, szczególnie wśród jeńców radzieckich. Wtedy przyjechała komisja lekarska z Wałcza i dokonywała przeglądu mieszkań, gdzie byli obcokrajowcy. U mnie stwierdzono, że mam dobre pomieszczenie i zakazano wychodzenia na wieś, a szczególnie kontaktowania się z Rosjanami. Była to epidemia tyfusu, który pochłonął wśród jeńców radzieckich wiele ofiar [...].
  W 1943 r. przywieźli do Łubna kilka młodych Polek. Pracowały one w majątku. Były to dziewczyny młode i często się z nimi spotykaliśmy. Jedna z nich nie wiem czy w Łubnie czy przed wyjazdem do Niemiec zaszła w ciążę. [...] Dziewczyna miała ok. 19 lat. Przed rozwiązaniem nie miała zapewnionej opieki. [...] Wyjechała do Arbeitsamtu i otrzymała skierowanie do szpitala lagrowego, który znajdował się w Pile. [...] Po dwóch tygodniach wróciła ze szpitala. Przywiozła dziecko. Oczywiście był to nowy kłopot. [...] Zaczęły się skargi na nią, że nie pracuje bo przecież musiała doglądać dziecka. [...] Na wniosek rządcy z majątku dziecko zostało jej pewnego dnia zabrane do ochronki. Wykonawcą tego postanowienia był urząd opieki i pomocy dzieciom z Wałcza, ale przy udziale przedstawicieli z łagru w Pile. Od tego czasu dziecko znikło i matka wiele razy dowiadywała się o nim bezskutecznie.
  W 1944 r. zostałem skierowany jak zresztą większość miejscowych kolegów Polaków do prac przy okopach. Wywieziono mnie do Nakielna. [...] Grupa nasza liczyła 500 osób. [...] W końcu stycznia gdzieś ok. 25 uciekłem z okopów do Łubna. Po pojawieniu się w Łubnie spotkali mnie koledzy i oświadczyli, że podjęli decyzję nie wyjazdu z Niemcami na zachód. Przygotowania do wyjazdu były już skończone. Każdy z nas miał mieć wóz i tym wozem z parą koni kierować. Jeden z naszych Anastazy Wawrzynowicz pochodzący z Włocławka odmówił – zgodnie z naszym postanowieniem, wtedy Niemiec rzucił się do niego i zaczął go bić. Polak mu oddał. Wezwano żandarmów, ale Wawrzynowicz w między czasie uciekł w niewiadomym kierunku. [...] Większość miejscowych Niemców otrzymała broń. Z tego powodu zdecydowałem się jechać licząc na to, że gdzieś po drodze i tak zostanę wyzwolony przez Armię Radziecką. Dojechałem do Odry i tam weszły już oddziały radzieckie. 
  Treck – jak Niemcy nazywali karawanę taborów cywilnych rozciągał się kilometrami. Jechało kilka wsi. Nie było gdzie nocować. Polacy musieli nocować w stodołach, chlewach lub nawet na wozach. Niemcy natomiast szli do mieszkań. Z tego powodu wielu ludzi naszych zachorowało i w ten sposób pozostało po drodze. Z nami jechała również Volksdeutschka z bydgoskiego niejaka Hela Pochylska. Trzymała ona sztamę z Niemcami. [...] Po wyzwoleniu nad Odrą wróciłem do Łubna, gdzie rozpocząłem jako pierwszy pracę zajmując oczywiście sobie jedno gospodarstwo niemieckie. [...] Jako sołtys mianowany przez radzieckiego komendanta wojennego sporządziłem listę gospodarstw niemieckich z prośbą, żeby władze wojskowe oraz organizujące się już w kwietniu władze polskie kierowały jak najwięcej do wsi ludzi, gdyż dobro było strasznie szabrowane przez różnych osadników [...].

Hipolit Rejewski:

  Brałem udział w obronie Warszawy i po kapitulacji dostałem się do niewoli. Trzymali nas Niemcy w Pruszkowie, a potem w Żyrardowie w ilości ok. 8 tys. jeńców. Przebywaliśmy przez kilka dni. Stamtąd wywieźli nas do koszar im. J. Piłsudskiego w Krotoszynie, gdzie przebywaliśmy przez 6 tygodni. Liczba jeńców wtedy wynosiła ok. 16 tys. [...] Przywieziony zostałem do Piły w 1942 roku i przez Arbeitsamt skierowany do pracy w Drezdenku do pracy u bauera Abrahama Olehmana. W Drezdenku (Klein Dresen) pracowało w tym czasie ok. 40 Polaków, przeważnie robotników cywilnych zatrudnionych w miejscowych barakach. [...] Po kilku miesiącach zabrali mnie do budowy baraków na wielki obóz pracy w Pile, który znajdował się przy dzisiejszej ulicy Kossaka. Był to tzw. Gemeinschaftslager, czyli obóz przejściowy do którego przywożono transportami setki ludzi, skąd następnie kierowali ich do poszczególnych powiatów. [...] Obóz ten liczył już w 1942 r. ok. 14 tys. osób. Były tam baraki szpitalne, ale w strasznym stanie. Chorzy umierali jak muchy. [...] Po zbudowaniu baraków zostałem odesłany do pracy w rolnictwie w Skrzatuszu. Było to 8 lutego 1943 r. Trafiłem zgodnie z moim zawodem do zakładu kołodziejskiego Niemca Joseph Donner. 
  W Skrzatuszu pracowało w tym czasie: 40 Polaków (cywilów i jeńców zamieszkałych przeważnie u pracodawców rolników), 18 Francuzów (jeńców wojennych, zatrudnionych w rolnictwie), 18 jeńców amerykańskich zatrudnionych w rolnictwie oraz ok. 30 radzieckich jeńców zamieszkałych w tzw. Ostarbeitslager, którzy pracowali w rolnictwie, lecz pod nadzorem wachmanów [...]. J. Donner był dobrym człowiekiem, podobnie jak większość miejscowych Niemców nie prześladujących specjalnie Polaków. [...] Donner miał 36 lat i wszystko robił, żeby nie iść do wojska. Wstrzykiwał sobie naftę przed powołaniem na komisję. Z tego powodu rana nogi strasznie bolała go i wyciekała z niej ropa. Po dwóch tygodniach rana się goiła i do następnej komisji Donner miał spokój. Ja tylko o tym wiedziałem. Mówił mi, że woli to niż iść na front nie wiadomo za co walczyć.
  Przed frontem Niemcy nie zdążyli uciec. Gdy otrzymali rozkaz pakowania się to wojska radzieckie były już w rejonie Piły. Przed odjazdem ludność niemiecka zebrała się w kościele, przemawiał pastor, który mówił, że na naród niemiecki przyszła kara boża. Pastor uspokajał ludzi, były to przeważnie kobiety, mówiąc, że kto był człowiekiem ten nie powinien się bać. Esesmani chcieli rozstrzelać pastora, bo ktoś doniósł o jego wystąpieniu. W pierwszych dniach lutego 1945 r. weszły do wsi Skrzatusz oddziały radzieckie. Grupa Volkssturmu została rozbrojona i zabrana do niewoli. Przez kilka tygodni nie goliłem się. Wzbudziło to śmiech u żołnierzy radzieckich, którzy po wejściu zorganizowali w Skrzatuszu piekarnię polową. Ja zostałem na gospodarstwie swojego Niemca, który wiedział, że będzie musiał niedługo swój dom opuścić. Z polecenia komendanta wojennego zostałem sołtysem wsi. Musiałem rządzić całą wsią, a przede wszystkim kierować Niemców do pracy na żądanie wojsk radzieckich [...].
  Amerykanie pracowali w majątku. Jeden z nich znał język polski. Nazywał się John. Amerykanie otrzymywali co miesiąc paczki Czerwonego Krzyża. Paczki zawierały wszystko to, co trzeba, było od żyletek do rodzynek i kawy naturalnej. [...] Amerykanie raz na tydzień chodzili do kina niemieckiego w Wałczu oczywiście z wachmanem. Francuzi posiadali w Skrzatuszu najwięcej wolności. Najprawdopodobniej 29 stycznia 1945 r. o godz. 6.00, wstaję, wychodzę na ulicę i patrzę po cichu maszeruje wojsko. Myślałem, że to Niemcy, ale po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że są to Rosjanie. Szli pieszo, jechały samochody. Na drugi dzień na podwórze moje wjechało 6 czołgów. Latały niemieckie samoloty, które rzucały pojemniki z żywnością i amunicją. Przez cały czas oblężenia Piły słychać było strzały i widać pożary. Doskonale widać było, jak strzelała artyleria rakietowa tzw. Katiusze.
  Na terenie Skrzatusza pracowali następujący Polacy: Józef Pietrzak (przed wojną zamieszkały w okolicy Koła), Aleksander Muzolf (spod Nakła, obecnie zamieszkały w Skrzatuszu), Wacław Guzowski (obecnie zamieszkały w Koszalinie). Oprócz wymienionych mieszkał Czajkowski, który przyjął Volkslistę, gdyż jak mówiono miał brata w wojsku niemieckim. U niego pracował Guzowski, w którym kochały się Czajkowskiego córki. Czajkowski jednak podczas wojny nie utrzymywał kontaktów z Polakami i czuł się Niemcem. W miejscowości Róża (niem. Rose) jeden Polak uderzył Niemca, za co został powieszony. Nie znam jego nazwiska. W czasie frontu zginął zastrzelony przez wojska radzieckie Polak Mieczysław Buczek, było to w lutym 1945 roku. W Chwiramie koło Wałcza pracował Barszczak, który zatrudniony jest obecnie w RKU Wałcz. W Szydłowie pracował Pływacz, obecnie na emeryturze były piekarz, w Pile mieszka Hadyński pracownik PKP, który pracował także w Szydłowie.

Samczyński Marian

  Wywieziony zostałem na roboty przymusowe z Łodzi. Wywożono w tym okresie masowo. [...] Mnie wzięto w czasie łapanki z ulicy. [...] Zawieźli nas do Konstantynowa k. Łodzi. Siedzieliśmy tam przez tydzień. Był tam punkt rozdzielczy siły roboczej do Niemiec. Następnie specjalnym pociągiem liczącym chyba 30 wagonów osobowych przywieziono nas do Piły. [...] W grupie ok. 100 osób przyjechaliśmy pod konwojem [...] na stację w Tucznie (Tuetz). [...] Małą stacyjka, na niej jakiś kolejarz niemiecki oraz policjanci. Ustawiliśmy się w dwójki. [...] Miałem zaledwie 16 lat. [...] Oczekiwali na nas jak się potem zorientowaliśmy bambrowie. Obchodzili nas ze wszystkich stron i z tyłu. [...] Nikt z nas nie miał bagażów. Ubrani byliśmy marnie. Podszedł do mnie Niemiec [...], nazywał się Alfons Buske. Na jego byłej gospodarce mieszka teraz rolnik Pilipiec. Przez miasteczko jechaliśmy wozem. [...] Buske miał duże gospodarstwo liczące kilkaset hektarów.
  Moim pierwszym zadaniem było uprzątanie bydła w oborze. Krów chyba 30 jeśli nie więcej i ja jeden. [...] Do mnie należało jeszcze rąbanie drzewa na opał. Najgorszą rzeczą było dojenie krów. [...] Po kilku miesiącach zostałem przeniesiony do łagrów – był to tzw. Polenlager. Jeśli chodzi o ilość obcokrajowców w Tucznie to było: Polacy – 600 osób (większość mieszkała w Polenlager, pracowali w gospodarstwach), Francuzi – było ich ok. 200 osób (cywile, baraki francuskiego obozu mieściły się koło dworca kolejowego), Rosjanie – trudno podać liczbę, ale było ich bardzo wielu, zwłaszcza jeńców wojennych. Cywilów niewielu, głównie kobiety), Serbowie – ok. 30 osób, Anglicy – mniej więcej 60 osób.
  Życie moje płynęło monotonnie. Całe dnie praca. Potem, gdy przyszła niedziela czasem wychodziliśmy do kolegi pracującego u Kruegera na wybudowaniu. [...] Oprócz grania w karty dyskutowaliśmy na temat nowych wiadomości otrzymywanych z kraju oraz z frontu. [...] Najbardziej wiarygodnym źródłem wiadomości byli ci Polacy, którzy jeździli na urlopy do kraju. Było ich niestety niewielu [...]. Żona Buske okazała się wredna. Polegało to na ograniczeniu żywności za skąpstwa. Nie dawała nam świeżego chleba twierdząc, że mniej starego zjemy. [...] W 1944 roku zostałem przeniesiony do bauerki niejakiej Anny Katz, zamieszkałej w Tucznie. [...] Kobieta zaczęła o mnie dbać. [...] Po kryjomu zabiliśmy z Niemką świnię. Pomagał nam w tym jeden jej zaufany Niemiec. [...] Przebywającym Polakom w Tucznie dał się jednak we znaki Zielke. Był to typ Niemca łączącego w sobie nienawiść do Polski i Polaków. [...] Do bardziej znanych wyczynów Zielke należało bicie bezbronnych jeńców radzieckich. On był policjantem.
  W styczniu 1945 r. był mróz dochodzący do 23 stopni. Z terenów wschodnich szły karawany uciekinierów niemieckich. [...] Do miasteczka dotarła wiadomość, że i mieszkańcy Tuczna mają być przygotowani do wyjazdu. [...] Policjant chodził i wręczał wszystkim mieszkańcom pisma, w których pisało jak należy przygotować się do wyjazdu. [...] Ostatni pociąg z Tuczna odszedł z uciekinierami 31 stycznia. Odwiozłem do wagonu m.in. Koltermana i Schultza. [...] W ostatnich dniach wjechało do Tuczna wojsko niemieckie. Mieli cztery czołgi oraz kilka dział. [...] Najechało do miasteczka wiele wojska i mnie się strach zrobiło tu siedzieć. [...] Dojechaliśmy do wsi Rzeczyca, odległej o 8 km od Tuczna. [...] Po silnym obstrzale wsi zjawili się jacyś pół cywile, pół żołnierze. Byli to Rosjanie. [...] O godz. 18.00 na komendanturze już zdawaliśmy sprawozdanie z ostatnich dni, gdzie byliśmy i co robiliśmy. Komendantura mieściła się we wsi Wrzos. [...] Niemcy przez cały czas siedzieli w piwnicy. Żadnego nie wypuszczali. Wolno iść do Polski – ogłoszono. Doszliśmy do Strączna. Wszędzie pobojowiska. [...] W Strącznie zajmujemy mieszkanie. Pożary wokoło. Orkiestra dęta wojskowa gra na całą wieś. Moc wojska. Żołnierze są pijani. Kobiety nagotowały jedzenia – spiżarnie szwabskie były pełne. Spirytus Rosjanie przynieśli. [...] Zabiliśmy krowę, bo brak było mięsa. [...] Dotarliśmy później do Wałcza. Na ulicy Kaszubskiej pełno rowerów. Plądrowaliśmy po domach. [...] Rosjanie zabrali nas do sprzątania. Obiad dostaliśmy z wojskowej kuchni. [...] 22 lipca 1945 r. wróciłem do Tuczna i teraz tu pracuję.
  Pierwszym burmistrzem był tu Stefan Braliński, który też w okolicy pracował u Niemców. Podjąłem pierwszą pracę w przemyśle mięsnym. [...] W 1950 r. przeniesiony zostałem do Człopy do pracy do zakładów przemysłu terenowego, należących do Wałcza. Od 1951 r. rozpocząłem pracę w GS, jako kasjer, a teraz pełnię obowiązki kierownika Banku Spółdzielczego w Tucznie. Kiedy przybyłem do Tuczna było tu zaledwie 30 Polaków [...].

Józef Siarnik

  Złapano mnie na łapance w Karolinie w pow. Grójec w 1942 r. Przywieziono mnie do Piły. Następnie po kilku dniach przez Wałcz do Człopy. Trafiłem do pracy do gospodarza Wilhelm Wetzkwerd we wsi Eichfier (Wołowe Lasy). Mój gospodarz był znośny, ale nerwowy bardzo. Kiedy przywieziono mnie do niego to z miejsca zagonił do pracy. Nie dał odpocząć. [...] Najczęściej denerwował się, kiedy Niemcom nie szło na froncie. [...] Na terenie Wołowych Lasów było ponad 140 Polaków, nie licząc innych obcokrajowców. W sumie innych było jakieś 100 osób. Francuzów 30, a reszta Ukraińcy i najwięcej Rosjan. Praca była bardzo ciężka. Trzeba było tyrać od 4 z rana do 24 wieczorem, albo i później. Któregoś miesiąca roku 1943 wszyscy Polacy w Wołowych Lasach i inni obcokrajowcy zostali poinformowani na ogólnym zebraniu, że został powieszony Polak za zalecanie się do niemieckiej dziewczyny. Było to w niedalekim Mielęcinie. Powieszono Polaka na brzozie. [...] Listy przychodziły bardzo rzadko. Żadnej organizacji tajnej na terenie wsi nie było. Należałem do młodzieży najbardziej wtajemniczonej we wszystkie miejscowe sprawy i o tym wiedziałbym.
  Zbieraliśmy się na kolonii u jednego Polaka. Ale Landwacha pilnowała. Gdy nas złapano to otrzymaliśmy kary i bicie. [...] Słynął z okrucieństwa do Polaków niejaki Sak(f) – piekarz, który bił Polaków i Rosjan. Drugi Niemiec Rydz(f) nie był lepszy. Obaj oni z całymi rodzinami zostali rozstrzelani przez Rosjan i Polaków, gdy weszły wojska radzieckie. Dali karabiny i kazali robić porządek. W styczniu zaczęto przygotowywać się do ewakuacji. [...] Do wsi zjechało setki rodzin uciekinierów. Dzieci marzły jak muchy. Kilkoro pochowano. Uciekinierzy pochodzili z Poznania. Wielu mówiło po polsku. [...] Wreszcie zjawił się jakiś wojskowy i kazał nam uciekać w stronę Tuczna. [...] Po południu 27 stycznia do Tuczna wszedł patrol radziecki. Od Drzezna wjechało dziesięć czołgów. Zanim wjechały wieś została ostrzelana z dział. [...] Wojska radzieckie weszły dopiero wieczorem. Niemcy ukrywali się w piwnicach. My Polacy paradowaliśmy spokojnie. Po dwóch dniach wyjechałem do domu w woj. warszawskim. [...] Wróciłem 28 kwietnia 1945 r. do Wołowych Lasów. Wstąpiłem do milicji polskiej. Miałem broń. Tu innej roboty w tym czasie nie było. Niemcy pracowali. Młócili zboże, przygotowywali zasiewy, siali. W okolicy ukrywało się w lasach wielu Niemców. Wilkołaki nie ograniczali się do przebywania w lasach. Napadali na polskie wsie mordując Polaków. Nasz posterunek MO w Człopie robił kilka wypraw przeciw Wilkołakom. Złapaliśmy kilku szwabów. Zginął jeden milicjant, którego nazwiska nie pamiętam. Szczególnie jedna obława była duża. Wzięły w niej wojska radzieckie do pomocy i milicja z ORMO. Obława obejmowała lasy Nadleśnictwa Trzcinno. W lasach tych przebywał też Niemiec Kulaf, który w czasie wojny będąc leśnikiem złapał w lesie 4 jeńców radzieckich. Zawiadomił o tym gestapo. Przyjechało i zastrzeliło jeńców w lesie, gdzie ich zakopano.
  [...] Po woli zaczynało się rozwijać życie wsi. Do milicji należeli jeszcze ze mną: Jan Cybulski, ob. Bocian. Na jesieni 1945 roku wziąłem gospodarstwo na własność. I do dnia dzisiejszego siedzę tutaj. Pierwszymi gospodarzami w Wołowych Lasach byli Franiszek Domagała, Franciszek Ławniczek. Ich i jeszcze kilku, których już nie ma we wsi przywiozłem z PUR-u w Wałczu. Inni pierwsi gospodarze: Władysław Błaszczyk, Czapla Władysław. Jeśli chodzi o Niemca, który zadenuncjował czterech radzieckich jeńców, to niestety nie uchwyciliśmy go. Potem uciekł na zachód, gdzie do dnia dzisiejszego jest, gdyż miejscowa Niemka koresponduje ze swoimi znajomymi i oni jej pisali o nim. Był to Kulof.

Aleksander Warecki

  Od 1937 roku służyłem w wojsku. Służyłem w 34 Pułku Ułanów Brygady Podlaskiej. Brałem udział w kampanii zajęcia Zaolzia. [...] Do niewoli niemieckiej dostałem się za Fordonem na szosie idącej w kierunku Świecia. Trzymano nas w Bydgoszczy w ujeżdżalni 16 Pułku Kawalerii. [...] Po sześciu tygodniach przywieziono nas do stalagu w Gross-Born, gdzie siedzieliśmy również w towarzystwie rodaków cywilów. Niebawem skierowano nas do pracy. Trafiłem do majątku k. Mirosławca, który nazywał się wówczas Neue Lacyś (fonetycznie). W zimie 1940 roku z majątku pędzano nas do pracy na lotnisko wojskowe w Borujsku, znajdujące się niedaleko naszego majątku. [...] Opracowałem plan ucieczki z kolegami. Zanim doszło do mojej ucieczki, zwiał mój kolega nazwiskiem Zając. Pochodził z Hrubieszowa. [...] Od tego czasu na noc zabierano nam całe ubranie. Po roku pracy w majątku przesłano nas do Falkenburgu (Złocieniec). [...] Odesłano nas ponownie na kilka tygodni do Neue Lacyś tj. do Gefangen Kommandos nr 108 [...].
  Po wyzwoleniu przez kilka miesięcy pracowałem w komendanturze wojskowej radzieckiej w Niekursku pow. Wałcz. Tam zbieraliśmy niemieckie krowy, świnie, konie i wysyłaliśmy do Rosji. Wysiedlałem Niemców. [...] Po likwidacji komendantury rozpoczęłem pracę w leśnictwie. Przyjął mnie inż. Asman, który organizował nadleśnictwo. Do 1947 roku pracowałem jako gajowy. Potem po kursie przeniosłem się do leśnictwa Dzikowo, gdzie pracuję do dnia dzisiejszego. Trzeba powiedzieć, że praca leśników w pierwszych latach była bardzo trudna i niebezpieczna. W lasach, gdzie obecnie mieszkam, wałęsało się wielu Niemców wygłodniałych jak Wilki, zwłaszcza od czasu, gdy Niemców cywili wywieźliśmy. Wychudzeni szwabi gotowi byli na wszystko. Łapaliśmy ich przy pomocy wojska i ORMO.

Kazimierz Kobylański

  W roku 1943 zostałem wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Mieszkałem przedtem w pow. Kostopol woj. wołyńskie. Dokuczali nam strasznie Ukraińcy. Przewieziono nas do łagru w Pile, gdzie odbyło się mycie, kwarantanna. Byliśmy w tym łagrze przez 6 tygodni. Łagry znajdowały się na przedmieściu Piły od strony wschodniej. Było tam w tym czasie co my kilkanaście tysięcy ludzi. Wywieziony zostałem do Lęborka. Tam zachorowałem pracując w majątku. Przywieziono mnie z powrotem do Piły. Byłem w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala skierowano mnie do Stranz (Strączno) w pow. Wałcz. Pracę podjąłem w majątku właściciela Schwilinga. On sam mieszkał w Tucznie. Rządził majątkiem niejaki Schultz. Otrzymałem mieszkanie. Tu się życie nieco polepszyło. W Strącznie byli Niemcy sami katolicy. Trzeba powiedzieć, że odnosili się do nas dobrze. Pracowało tu 7 Polaków samotnych i dziesięć rodzin. Ukraińców było 15, jeńców rosyjskich 14, Amerykanów jeńców 30 oraz po kilku Czechów, Jugosłowian. [...] O sprawach politycznych dowiadywaliśmy się od polskich rodzin zamieszkałych w Strącznie takich jak: Świtała Stanisław, Orłowski, który prawdopodobnie obecnie mieszka w Złotowie. [...] Oni nie nosili P, byli chyba volksdeutschami. Dzieci służyły w wojsku niemieckim. Ale byli dobrzy [...].
  W 1943 przywieźli ponad 30 Amerykanów. [...] Wśród Amerykanów polskiego pochodzenia był jeden nazwiskiem Zieliński Józef. [...] Latem 1944 roku rozpoczęło się kopanie okopów. Przywieziono ponad 2 tys. ludzi Polaków, Ukraińców do tych prac. Nam nie wolno było nawet z tymi ludźmi rozmawiać. [...] Nadzorowali ich SS. [...] Któregoś stycznia do Strączna przyjechał oddział Niemców, którzy wyjeżdżając zabierali od ludności cywilnej prześcieradła i inne białe płótna w celu maskowania sprzętu i siebie. Było bardzo dużo śniegu. [...] Rządziło we wsi wojsko. Kazano natychmiast opuścić wieś. Polacy nie chcieli wyjeżdżać. Kazano nam w parku kopać doły. Mieliśmy być rozstrzelani. Zgodziliśmy się na wyjazd. Sprawę z Niemcami załatwił Józef Nazarek, który poszedł do dowódcy i wyprosił darowanie kary. Józef Nazarek mieszka obecnie w Strącznie. [...] Wróciłem do Strączna przywieziony przez żołnierzy radzieckich. Mieszkałem tam przez 12 lat od 1945 roku. W roku 1957 wyniosłem się do Niekurska pow. Trzcianka. W Strącznie do pierwszych gospodarzy należeli Ortel – był zarazem pierwszym sołtysem, ale zabity został przez Rosjan. Zabity został koło Rusinowa. Do milicji należeli w 1945 roku: komendant – Tadeusz Obidowski. Od czasów wojny mieszkał tam gospodarz Kanorowski. Znam jeszcze Stanisława Wawrzynowicza, który w czasie wojny mieszkał w Łubnie k. Wałcza jako robotnik przymusowy. [...] Wieś Strączno zniszczona była w 70% wskutek działań wojennych.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 01-12-2016

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  59  60  61  62  63  64  65  66  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: