Aktualności:

Z życia religijnego Ziemi Tuczyńskiej

Wizytacje dziekańskie w parafii Tuczno z 1949 r. oraz w parafii Marcinkowice z 1955 r.

  Funkcjonowanie parafii na terenie dekanatu wałeckiego było przedmiotem licznych wizytacji dziekańskich już w czasach nowożytnych. Jako przykład może posłużyć wizytacja z I poł. XIX w. w ówczesnej Schloppe (Człopa), przeprowadzona przez ks. dziekana Antoniego Perzyńskiego z Wałcza. Szczegółowej oceny wizytacji A. Perzyńskiego dokonał ostatnio Jarosław Ciechanowicz. Problematyka ta, odnosząca się do czasów po II wojnie światowej, nie znalazła należytego odzwierciedlenia w badaniach regionalnych historyków. Odczuwalny jest brak opracowań na ten temat. Prezentowane wizytacje w parafii Tuczno (1949 r.) oraz w parafii Marcinkowice (1955 r.), zostały przeprowadzone przez księdza dziekana Bernarda Zawadę. Opis lustracyjny inwentarza gospodarczego, biur parafialnych oraz próba wyjaśnienia problemu nauczania religii w szkołach podległych obydwóm parafiom, odsłaniają nieznane wydarzenia religijne, mające miejsce w regionie wałeckim. Wnioski nakreślone przez wizytującego ks. B. Zawadę oddają specyficzny klimat czasów stalinowskich. Ukazane zostały m.in. trudności nurtujące proboszczów niniejszych parafii, w tym także ich mieszkańców.
  Przytoczony materiał źródłowy znajduje się w zasobach Archiwum Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej w Koszalinie. Artykuł jest przyczynkiem do dalszych badań nad życiem religijnym Tuczna i Marcinkowic. Działalność wałeckich parafii po 1945 r. zasługuje na odrębną analizę badawczą. Ze względu na zachowane źródła archiwalne (często jednak w formie szczątkowej), warto przygotować publikację na temat powojennych dziejów religijnych wspomnianych parafii. Wskazane jest przeprowadzenie kwerendy źródłowej w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej oraz w archiwach kościelnych.

Parafia Tuczno:

„Zgodnie z § 33 rozporządzenia o prawach i obowiązkach Księży Dziekanów z 8 czerwca 1946 r. i z załączoną do tegoż rozporządzenia instrukcją o wizytacji parafialnej dokonywanej przez księży Dziekanów, wizytowałem dnia 7 i 8 lipca 1949 r. kościół parafialny w Tucznie.
  Czynności wstępne odbyły się zgodnie z przepisami, po czym zrewidowałem tabernakulum i naczynia, w których przechowuje się Najśw. Sakrament. Z egzaminu dzieci w katechizmie przekonałem się, że dzieci są bardzo dobrze uczone w nauce religii. Egzamin wypadł bardzo dobrze. Pytania stawiane przez ks. proboszcza były bardzo jasno, prosto i logicznie. Odpowiedzi dzieci były pewne, śmiałe i szybkie. Egzamin trwał 20 minut. Na koniec i ja stawiłem kilka pytań, ale dzieci nie lękały się, odpowiadały tak samo śmiało i pewnie. Dzieci są wprawione do biegu myśli za nauczycielem, biorą wszystkie udział i zauważyłem, że wszystkie pracują umysłowo na lekcji. Świadczy to, że ks. proboszcz, gdy uczy w szkole, to w lekcje wkłada całą swoją energię i ducha. Zauważyłem nadto, że dzieci lubią i kochają ks. proboszcza. Przekonałem się też, że dzieci umieją pieśni religijne, zaintonowałem w toku egzaminu dwie stosowne pieśni eucharystyczne i do Serca Jezusowego, ale dzieci doskonale śpiewały.

Nagrobek na cmentarzu żydowskim w Tucznie (zdjęcie autora). 

  Stwierdziłem, że na terenie parafii są cztery szkoły powszechne, a mianowicie: w Tucznie VI oddziałowa, w Rzeczycy V oddziałowa, w Strzelnie i Prusinowie IV oddziałowe. Nauka religii odbywała się we wszystkich szkołach regularne do końca roku szkolnego, tj. po dwie godziny tygodniowo w każdej klasie. W Tucznie uczył religii sam ks. proboszcz, w Rzeczycy również ks. proboszcz dojeżdżał, a gdy nieraz nie mógł jechać, to dojeżdżał syn kościelnego w zastępstwie. Do Strzelna dojeżdżał również ks. proboszcz. W Prusinowie uczyła kierowniczka, do półrocza uczyła w ramach planowych godzin lekcyjnych, a od półrocza, kiedy jej zabroniono, to uczyła dzieci poza lekcjami, po południu, jako przygotowanie dzieci do I-ej Komunii św. Zwolniwszy dzieci, zbadałem zgodność majątku ruchomego i nieruchomego kościoła i beneficjum i stwierdziłem, że wszystko zgadza się z inwentarzem, zatwierdzonym przez Kurię dnia 28.III.1947 r.
  Wizytowałem też szczegółowo cały kościół i przekonałem się, że wszystko w kościele jest utrzymane w porządku. Ołtarze przepisowo nakryte potrójnymi obrusami, we wszystkich ołtarzach są relikwie, za wyjątkiem jednego ołtarza bocznego, z którego portatyl jest wyjęty i wypożyczony SS Elżbietankom. Zauważyłem, że tabernakulum w głównym ołtarzu jest mocno spróchniałe, ale ks. proboszcz zaznaczył, że już się wykonuje nowe tabernakulum z drzewa dębowego, stylowe i odpowiednie do tej świątyni. Zauważone małe niedociągnięcia i przeoczenia ks. proboszcz zaraz sobie zanotował, aby je usunął, jak np. chorągwie znajdujące się w bocznej kaplicy nie opierać, ale przymocować do ławki; baldachim znajdujący się w przedsionku kościoła zabezpieczyć pokrowcem. Zrewidowałem też dokładnie zakrystie i stwierdziłem, że wszystkie paramenta są dobrze przechowywane w szafach i komodach. Bielizna kościelna czysta, ornaty w szufladach przewietrznych. Naczynia liturgiczne w futerałach. Zakrystia jest doskonale zabezpieczona przed ewentualnymi włamaniami.
  Badając stan zewnętrzny kościoła oraz budynków kościelnych i beneficjalnych nie zauważyłem żadnych poważniejszych uszkodzeń, jedynie należałoby bramę wejściową od plebanii na cmentarz kościelny otynkować, a tym zabezpieczyć przed dalszym niszczeniem się muru. W budynkach beneficjalnych zauważyłem wzorowy porządek i czystość. Dachy, ogrodzenia, wszystko jest w należytym porządku.
W biurze parafialnym stwierdziłem, że wszystkie księgi parafialne są dobrze prowadzone. Nie zauważyłem żadnych istotnych braków. Nie ma tylko następujących ksiąg parafialnych: księgi stanu dusz, cmentarnej, konwersacji, tematów kazań, spisu dzieci do I-ej Komunii św., bierzmowanych. Protokoły kanonicznego badania narzeczonych – przejrzałem dokładnie i nie zauważyłem braków. Przejrzałem też siedem fascykuł, w których są uporządkowane dokumenty archiwum parafialnego i rozmaitych spraw.
  Następnie starałem się przekonać o stanie moralnym parafii i o stosunku wiernych do proboszcza i uważam, że parafia moralnie dobrze jest postawiona. Lud jest pobożny, bierze w nabożeństwach czynny udział przez śpiew i responsoria. Śpiew ludu bardzo dobrze postawiony. Wszyscy są wyrobieni i karni. W stosunku do ks. proboszcza są oddani, odnoszą się z szacunkiem. Wszyscy parafianie pozdrawiają księży staropolskim: „Niech będzie…”. Zauważyłem, że parafianie kochają swego ks. proboszcza.
  Odnośnie do życia i gorliwości proboszcza stwierdzam co następuje: ks. proboszcz jest człowiekiem bezpośrednim, towarzyskim, w pracy energicznym, gorliwym. W pracę swą wkłada całego swego ducha i energię. To się parafianom podoba. Jedno tylko jest nie dobre, ks. proboszcz czasami zapomina się i przekracza umiar w piciu wódki. W tym go po bratersku upomniałem, aby bacząc na wielką godność kapłańską, nadto na czasy jakie obecnie przeżywamy, aby za wszelką cenę szanował się i nie dawał zgorszenia.
  Przechodząc z ks. proboszczem kwestionariusz wizytacyjny, zwróciłem mu szczególną uwagę na następujące niedociągnięcia:
1) bramę boczną, wiodącą z plebanii na cmentarz kościelny, otynkować.
2) wykonać małą naprawę w ogrodzeniu cmentarza grzebalnego.
3) wprowadzić księgę stanu dusz.
4) wprowadzić księgę I-ej Komunii św. dzieci.
5) założyć Krucjatę Eucharystyczną.
Na konferencję zgłosiło się około 350 parafian.
Czaplinek-Tuczno, dnia 8 lipca 1949 r.”.

Parafia Marcinkowice:

„Zgodnie z § 33 rozporządzenia o prawach i obowiązkach Księży Dziekanów z 8 czerwca 1946 r. i z załączoną do tegoż rozporządzenia instrukcją o wizytacji parafialnej dokonywanej przez księży Dziekanów, wizytowałem dnia 6 października 1955 r. kościół parafialny w Marcinkowicach.
  Czynności wstępne odbyły się zgodnie z przepisami. Nie było obecnych wiernych; kościół, zakrystię i tabernakulum zrewidowałem w obecności Ks. Proboszcza. W kościele panuje porządek, czystość. Ołtarze są czysto utrzymane, tabernakulum również. Ściany kościoła wymagają odświeżenia, ale zważywszy, że kościół jest zabytkiem, nie będzie łatwą rzeczą wziąć się Ks. Proboszczowi do malowania kościoła. Kościół jest mały, może pomieścić z górą 500 osób. Razi w kościele nieszczęśliwy jego układ: duża stosunkowo kruchta (przedsionek), chór zbyt wysoko i bez organów. Kaplica znajdująca się po prawej stronie kościoła ma ślady zacieków.
  Zakrystia jest bardzo mała, wilgotna, ma tylko jedno okno, czuć wilgoć i stęchliznę. Należałoby odsunąć szafę (kredens) i przekonać się, czy od strony ściany nie psują się deski kredensu. W zakrystii jest tablica tytułu kościoła, tablica z imieniem Papieża, Ordynariusza i Oratio imperata, jest też klęcznik z modlitwami Praeparatio ad Missam.
  Badając stan zewnętrzny kościoła zauważyłem, że pomimo przeprowadzonej poprawki dachu, jest jeszcze kilka dachówek uszkodzonych w dachu kościoła; a również w wieży pęknięcie muru od czasów działań wojennych jeszcze nie zafugowano. Ta szczelina w murze powoduje dalsze niszczenie muru przez zacieki, zwłaszcza w porze zimowej. Chociaż mur jest gruby i mocny, to jednak wiemy, że siła przyrody jest większa i w porze zimowej może mur pękać. Plac przy kościele jest obwiedziony dobrym oparkanieniem i znajduje się w porządku. Budynki plebańskie wymagają koniecznego remontu. Zwłaszcza dach na plebanii. Na ogół dach jest dobry, tylko w niektórych miejscach odsunięte są dachówki, ten stan trwa już od kilku lat. Ks. Proboszcz zaręcza, że jeszcze w tym miesiącu paźdz. będzie przeprowadzona naprawa dachu na plebanii. Inne budynki, jak stodoła i budynki gospodarcze mają dachy dobre. Budynki gospodarcze niszczeją. Jest w nich mur pruski, belki próchnieją, zwłaszcza przy futrynach drzwi. Budynki są prawie puste i dlatego Ks. Proboszcz uważa, że nie ma konieczności je naprawić. Podsunąłem Ks. Proboszczowi, że jednak przy dobrej woli i gorliwości można by gospodarczym sposobem wymienić zepsute belki w futrynach i wstawić drzwi, bo brak jest drzwi do budynków gospodarczych. Tam, gdzie Ks. Proboszcz używa, tj. stajnia dla konia, garaż na motor, są drzwi, widać stąd, że można by i cały budynek gospodarczy zabezpieczyć. Ks. Proboszcz szacuje budynki kościelne z punktu doraźnej korzyści dla siebie. Nie liczy się z tym, że następca jego będzie chciał wykorzystać wszystkie budynki beneficjalne, nawet gospodarcze.

Nagrobek na cmentarzu poewangelickim w Marcinkowicach (zdjęcie autora).

  W biurze parafialnym stwierdziłem, że księgi parafialne są prowadzone starannie i pismem czytelnym. Jest zdecydowana różnica od zeszłorocznej wizytacji dziekańskiej; akta są uporządkowane, księgi prowadzone czysto, protokóły kanonicznego badania narzeczonych prowadzone są dokładnie. Brak jest księgi konwersji. Konwersje są zanotowane tylko w protokółach. Nie trudno będzie sporządzić akta konwersji w specjalnej ku temu księdze, mając protokóły przeprowadzonych konwersji. Po przejrzeniu i zrewidowaniu biura parafialnego, zanim przeszedłem do omówienia dekretu powizytacyjnego z poprzedniej wizytacji dziekańskiej, przeszedłem do kwestii nauczania religii w parafii.
  Na terenie parafii jest 9 szkół podstawowych, a mianowicie w następujących miejscowościach: 1/ Marcinkowice, 2/ Mirosławiec, 3/ Jamno, 4/ Lubiesz, 5/ Bronikowo, 6/ Pruchnowo, 7/ Hanki, 8/ Łowicz, 9/ Stara Korytnica.
Ks. Proboszcz uczy religii dzieci poza szkołą, na terenie parafii w dwóch punktach, tj. w Mirosławcu 3 razy w tygodniu i w Marcinkowicach 3 razy w tygodniu. Według oświadczenia Ks. Proboszcza do Mirosławca przychodzą dzieci z samego Mirosławca, z Hanek i Łowicza. Do Marcinkowic przychodzą dzieci z samych Marcinkowic, z Jamna, Lubieszy i Bronikowa. Ks. Proboszcz oświadczył, że z Lubieszy i Bronikowa słabo dzieci przychodzą. Natomiast dzieci w Pruchnowie i Starej Korytnicy nie mają religii od początku samego. Dzieci w Pruchnowie jest około 30, a w Starej Korytnicy około 26.
  Omawiając tę kwestię podkreśliłem Ks. Proboszczowi, że sprawa nauczania religii dzieci jest najpilniejszą i najodpowiedzialniejszą. Tutaj trzeba wykazać całą gorliwość kapłańską. Zaniedbanie nauczania dzieci prawd bożych jest stratą niepowetowaną dla Boga, Kościoła i Ojczyzny. Powiedziałem Ks. Proboszczowi, że jeżeli wykazuje dużo sprytu i zapobiegliwości o sprawy doczesne, o utrzymanie siebie i najbliższej służby, tak również trzeba wykazać ten spryt i umiejętność i gorliwość w zorganizowaniu sobie pomocy w katechizacji. Stwierdzam, że Ks. Proboszcz Bąk ma zdolność do załatwiania spraw, które przynoszą mu osobistą korzyść. Jestem pewny, że również potrafił wyszukać sobie odpowiednią siłę pomocniczą w nauczaniu dzieci religii i jestem pewny, że gdyby chciał, to by zabezpieczył utrzymanie dla katechety, czy katechetki.
  Nauczanie dzieci religii w parafii Marcinkowice jest wciąż problemem zaniedbanym. Strach pomyśleć, że są wioski takie, w których młodzież szkolna od pierwszej klasy do klasy ostatniej nie ma religii. Wiadomości religijne zdobywają te dzieci tylko w okresie przygotowawczym do pierwszej Komunii św. Sam Ks. Proboszcz przyznał mi ten stan. Sądzę, że nie ma drugiej parafii w dekanacie wałeckim tak zaniedbanej pod względem nauczania, jak parafia Marcinkowice. Przyznał mi Ks. Proboszcz rację, że można było w Mirosławcu mieć 2 razy religię w tygodniu, a ten trzeci dzień poświęcić dla Starej Korytnicy. Przecież z Mirosławca jest wygodna komunikacja koleją do Korytnicy. Ma Ks. Proboszcz dobry motocykl, na którym jeździ. Mógłby w miesiącach od kwietnia do listopada, z wyłączeniem miesięcy wakacyjnych, jeździć do Pruchnowa, bodaj raz w tygodniu. Mógłby też jeździć do Bronikowa i Lubieszy. W tych dwóch ostatnich wioskach jest dużo dzieci, są szkoły siedmiooddziałowe. Widać z oświadczenia Ks. Proboszcza, że dzieci z Bronikowa i Lubieszy słabo uczęszczają na religię do Marcinkowic. Ani w ub. roku, ani w tym roku nie miałem szczęścia widzieć się z dziećmi, a wyraziłem Ks. Proboszczowi gorące życzenie, abym mógł się zetknąć z dziećmi.
  W ub. roku w protokóle powizytacyjnym otrzymał Ks. Proboszcz szczególnie mocny nakaz, aby problem nauczania rozwiązał z korzyścią dla wszystkich dzieci całej swej parafii. Skutkiem tego polecenia Kurii było wielkie oburzenie Ks. Proboszcza na Dziekana. Tymczasem przy obecnej wizytacji nic, zupełnie nic się nie zmieniło na lepsze. Z bólem serca stwierdzam, że taki opłakany stan trwa w tej parafii od początku. Są bowiem wioski, które przez 10 lat nie miały nauki religii. Dzieci zdobywają z tych wiosek wiadomości religijne tylko w okresie przygotowawczym do pierwszej Komunii św. My wiemy ile mogą się nauczyć dzieci w tak krótkim czasie, a ile tym dzieciom pozostaje z tych wiadomości. Nie wiem, czy jest druga parafia w dekanacie wałeckim tak zaniedbana pod względem nauczania dzieci, jak parafia Marcinkowice.
  Przechodząc nad tym problemem do konkretnych wniosków podałem Ks. Proboszczowi sposoby rozwiązania tej trudności. Przyjąć trzeba koniecznie do parafii siłę pomocniczą, katechetkę, względnie katechetę. Środki na utrzymanie podałem, ofiary z opłatków, część ofiar z kolędy i na pewno to wystarczy na cały rok. Wskazałem Ks. Proboszczowi Bąkowi przykład parafii Rudki, gdzie młody Ks. Proboszcz Jaszkiewicz od samego przejęcia parafii postarał się o katechetę i wspólnie ze sobą objął dzieci całej parafii. Nie szczędzi trudu, ani ofiar pieniężnych, aby tylko ratować dusze dziecięce przed zeświecczeniem. Przez tę ofiarę zdobywa się serca młodzieży i wdzięczność rodziców. Zaniedbanie tego obowiązku odczuwa Ks. Proboszcz od swych parafian, niejednokrotnie daje się słyszeć, że Ks. Proboszcz nie troszczy się o dzieci, o ich wychowanie religijne.
  Po tak dokładnym omówieniu sprawy nauczania przeszedłem z Ks. Proboszczem do rozpatrzenia dekretu powizytacyjnego z ostatniej wizytacji dziekańskiej. I stwierdziłem, że:
Ad 1/ Budynki gospodarcze i dach na plebanii, w momencie wizytacji nie zostały jeszcze poprawione. Mają być w tym miesiącu październiku.
Ad 2/ Dekretu odpustowego jeszcze Ks. Proboszcz nie uzyskał w Kurii Ordynariatu. Przyobiecał, że w najbliższych dniach prześle wnioski w tej sprawie.
Ad 3/ Testamentu Ks. Proboszcz jeszcze nie sporządził. Trzeba było długo przekonywać, że przecież nic na tym Ks. Proboszcz nie straci, bo już przez śmierć pozbędzie się wszystkiego, a testament sporządzony przez Ks. Proboszcza da świadectwo pośmiertne, że żył po kapłańsku i umarł po kapłańsku, nie przywiązywał się zbytnio do tych marności ziemskich. Ks. Proboszcz sądził, tak się wyraził, że sporządzenie testamentu odbierze mu prawa dysponowania za życia jego majątkiem. Przyobiecał, że wkrótce sporządzi wyśle testament do Kurii Ordynariatu.
Ad 4/ Kluczyk drugi do tabernakulum jest.
Ad 5/ Biuro parafialne z całą jego zawartością jest już porządnie i dobrze prowadzone.
Ad 6/ Sprawa mebli nie jest jeszcze jasno postawiona. Ks. Proboszcz wyszczególnił do jakich pokoi meble są przygotowane. Ale gdy się zapytałem które to są meble, czy te, które tu widzimy? – odpowiedział, że nie, że te meble są na strychu. Jakie one są, w jakim stanie, nie wiadomo. Ks. Proboszcz nie raczył z okazji wizytacji pokazać tych mebli. Wiadomo, że meble używane, na parterze są w bardzo dobrym stanie. Są to meble po niemieckim proboszczu i jest kwestia, czy Ks. Proboszcz Bąk nabył do tych mebli prawo własności przez Opłacenie w Urzędzie Likwidacyjnym, czy ma na te meble prawo własności? Uważa je za swoją własność.
Mam obawę, że przy zmianie rządcy parafii, następca będzie miał niepewne meble, tak co do ich jakości, jak co do ilości.
Ad 7/ Co do nauczania dzieci religii, już wyżej było powiedziane.

Protokół z rewizji kasy kościelnej w Marcinkowicach (6 X 1955 r.).

  Trudno jest mi zorientować się o stanie moralnym parafii, jak i o stosunku wiernych do proboszcza. Parafianie mówią, że nie wiedzieli, iż miała być wizytacja, gdyż nie widziałem w księdze niedzielnych ogłoszeń wzmianki o mającej się odbyć wizytacji dziekańskiej w parafii.
Ks. Proboszcz oświadczył, iż pobożność wiernych w Mirosławcu jest większa, aniżeli w Marcinkowicach. Być może, że tu przyczyną słabej frekwencji na niedzielne nabożeństwa jest miejscowy duży zespół PGR, który w okresach lata i jesieni zatrudnia ludzi nawet w niedziele i święta, gdy zachodzi tego potrzeba.
  Badając podane w kwestionariuszu liczby przy komuniach niedzielnych, codziennych, w pierwsze piątki, czy też frekwencji na nabożeństwa, mam wrażenie, że podane liczby są niejednokrotnie przesadzone. Ogólnie patrząc na duszpasterstwo Ks. Proboszcza, można jeszcze jedno zauważyć, że Ks. Proboszcz mało się udziela swym najbliższym sąsiadom i mało też korzysta z usługi swych sąsiadów. A przecież od czasu do czasu jest wskazanym, aby zawitał obcy kapłan do spowiedzi, czy ze słowem bożym. Ludzie tego pragną.
  Na potwierdzenie tego mam w aktach dziekańskich skargę Ks. Proboszcza Kasprowicza na Ks. Proboszcza Bąka, że w bieżącym roku zawiódł go z pomocą w spowiedzi wielkanocnej. Jest już ogólna opinia, że na Ks. Proboszcza Bąka nie można liczyć z pomocą.
  Kończąc wizytację, prosiłem Ks. Proboszcza, aby jak najprędzej załatwił polecenia nie wypełnione z poprzedniej wizytacji, a szczególnie rozwiązał kwestię nauczania dzieci religii, naprawienia dachu na plebanii. Życząc Ks. Proboszczowi błogosławieństwa w jego trudnościach, poleciłem go opiece Boskiego Serca Jezusowego i Niepokalanemu Sercu Maryi. Ks. Zawada Bernard Dziekan”.

Zebrał i opracował: dr Przemysław Bartosik

Dodano: 22-02-2017

Promocja książek o Żołnierzach Wyklętych

  Dnia 21 lutego 2017 r. w Wałeckim Centrum Kultury odbyło się spotkanie autorskie z Kajetanem Rajskim oraz Dariuszem Żurkiem. Głównym celem spotkania była promocja kwartalnika "Wyklęci" oraz publikacji pt. "Znad Prosny nad Odrę. Żołnierz Wyklęty Jan Żurek ps. Groźny". Spotkanie prowadził ks. dr Jarosław Wąsowicz z Piły.

Dodano: 21-02-2017

Z dziejów Różewa

 

 Różewo znajduje się w obrębie, otoczonym wieńcem ok. 40 wyburzeń, których większa część powstała w 1834 roku po tzw. podziale miejscowości. We wsi rolnicy sprzedawali rzemieślnikom oraz innym „wolnym ludziom” swoje folwarki i budowali nowe zagrody chłopskie, aby móc radykalnie zarządzać daleko oddalonymi gruntami.
  Miejsce, na których powstały nowe folwarki określane było mianem „Knasterrahm”. Na mapie podziałowej zagrody chłopskie (fermy) nie były naniesione na granicy polnej, ale tutejsze pola nazwane zostały „Polami Rehmelsa”. Skąd właściwie wzięła się ta nazwa?
  W Różewie nie było osoby (właściciela) o nazwisku Rehmel, tak więc określenie to musiało powstać zupełnie z innego powodu. Są do tego następujące przypuszczenia. Gdy w XIII wieku Różewo zostało założone przez pewnego najemcę, który dokonał pomiaru wsi, sprowadził rolników i jako sołtys otrzymał dużą część pola, cały obszar wsi nie był wykarczowany. Pewna część (co było zwyczajem) zachowała się i istniała dalej jako las gminny, jak również okolica „Rahmod”. Dopiero później wykarczowano las gminny, przy czym jego pozostałości zostały spalone, aż „trzaskało” („knastern” w tłumaczeniu na polski oznacza trzaskać). Wyjaśnienia nazwy można szukać także w starym wierszu pt. „Knasterrahmschen”. Oto jego treść:

Kachur siedzi na szczycie,
Otto łata sobie buta;
Kühn zarzyna cielaka,
Franz Friske zarzyna kurczaka.
Wszędzie pachnie radością.
Jesse ze swoim długim nosem
gania wszystkie żaby na łące.

  Wszystkie grunty, rozciągające się pomiędzy „Knasterrahm” i „Weckwert- Prandtke” były wówczas własnością chłopów lub sołtysa. Pola ciągnące się po obydwóch stron drogi Schrotzera nazywały się „Duhrkesplan”, „Hoppenplan”, Primusplan”, „Wegnersplan” i „Schackow-Vorwerk”. Ta ostatnio wymieniona część majątku była dawniej działką gruntową sołtysa i ok. 1834 roku należała do sołtysa Zummacha, a następnie do Schackowa, od którego odkupił ją właściciel dóbr szlacheckich Philipp Wahnschaffe, który zarządzał nią jak folwarkiem. Rezydencją byłej działki gruntownej sołtysa była ferma, należąca do murarza Augusta Witta. Inne części położone były w zachodniej części wsi i rozciągały się od „Schulzweg” aż za „Grasbruch”, pomiędzy „Wegberg” i drogami wiejskimi do Arnsfelde. Od 1580 do 1639 roku urząd sołtysa sprawowała rodzina Storz. Z upływem czasu (do 1835 roku) majątek ziemski sołtysa podzielony został na 4 części. Pierwszą z nich była część należąca do Zummacha, drugą stanowił późniejszy „Redelsplan”, zarządzany przez posiadacza Redela. Trzecia część należała w 1834 roku do Westphala i graniczyła z „Redelsplanem”; fermę posiadał do 1945 roku piekarz Ost, natomiast czwarta część rozciągała się aż do drogi wiejskiej w Arnsfelde. W późniejszym czasie część ta określana była jako „Ziemia Sołtysa”, zwłaszcza, że jej właściciel sprawował urząd sołtysa wsi na sołtysim dworze do 1885 roku - późniejszej własności ewangelickiego pastora o nazwisku Schulz.
  Do roku 1834 grunt obejmował tylko obszar położony z lewej strony drogi Schrotzera. Granica przebiegała przy „Knasterrahm”, wzdłuż obrębu Breitenstein (Dobino), skręcała na zachód od Quiramer Feldmark, obejmowała ceglany lasek, a następnie prowadziła dokładnie w południowym kierunku (wzdłuż pól należących do H. Pockrandta i Sonnenerga) obok domów ziemskich pracowników „Roter Strumph” i „Umlauf”. Ze starej cegielni, w której do 1880 roku wypalane były cegły, przeznaczone do budowy budynków gospodarczych, pozostały tylko zawalone mury. Obok cegielni w Różewie zlecono budowę stanowiska strzelniczego, przeznaczonego miejscowemu związkowi strzelców. W pierwszych dniach maja każdego roku strzelcy otwierali sezon strzelecki. Przy dźwiękach kapeli muzycznej szli na stanowiska strzeleckie, które znajdowały się na brzegu lasu.

Wiejska kuźnia

  Kuźnia znajdowała się w samym środku wsi przy stawie, zasilanym przede wszystkim przez wodę deszczową, która spływała do ścieku z górnej części miejscowości. Następnie woda przelewała się i kierowała dalej, płynąc przez rozwidlony rów (obok fermy Bruna Kortha). Nawarstwione w stawie opadające zawiesiny sprawiły, że w przeciągu jednego roku staw stał się płytki. Wielu interesantów, zarządzających swoją urodzajną ziemią, pracowało nad przywróceniem dawnej chłonności stawu. Ze stawu korzystał wiejski kowal, aby ochłodzić przymocowane do kół wozu obręcze (opony), oraz dzieci, które wiosną i latem biegały po nim boso z podwiniętymi nogawkami. Popołudniami i wieczorami powracało z łąki bydło, któremu staw służył jako wodopój. Późną jesienią, w okresie gdy zarzynano utuczone gęsi, gospodynie pozwalały swoim zwierzętom na obfitą kąpiel w stawie, w celu oczyszczenia zabrudzonych przy tuczeniu piór.
  Wiejska kuźnia pochodziła prawdopodobnie z czasów (zanim dokonano w 1834 roku podziału gruntu w Różewie), w których kowal otrzymywał za swoją pracę deputat. Do niej należała również część pola zwana „Schmiedeplan”, którą udostępniono kowalowi. Naprzeciw niej znajdowała się część użytkowana przez stróża nocnego o nazwie „Nachtwächterplan”. Praca kowala obejmowała wiele czynności. Wykonywane przez kołodzieja wozy polne trafiały do kuźni, ponieważ należało je „podkuć” i wymienić zużyte części zamienne. Do nowych kół przyłączano obręcze. Sprzęt stosowany do pracy w polu (np. pług) samodzielnie wykonywał kowal; oprócz tego ostrzył on stępione nożyczki, podkuwał samodzielnie wykonanymi podkowami konie, w nowych obręczach wywiercał ręczną wiertarką potrzebne otwory. Wszystko wykonywał rękoma, ponieważ nie było wtedy odpowiednich maszyn.

  Pierwsza maszyna wiertnicza pojawiła się w kuźni ok. 1900 roku. W tamtych czasach nie było węgla kamiennego. Kowal zadowalał się węglem drzewnym, które otrzymywał w dużej mierze poprzez pieczenie chleba. Każdy rolnik posiadał oddalon od swojej posiadłości piec, w którym chłopka przez 14 dni piekła chleb. Do kuźni dostarczany był węgiel drzewny za pomocą wózka. Przyjmuje się, że kuźnia w Różewie powstała w okresie lokowania wsi. Miał w niej pracować kowal, który oferował swoje usługi dla rolników. Rodzina Klawun mieszkała w Różewie od ok. 1800 roku. Kowal Andreas Klawun był poważaną osobistością. Oprócz pracy w kuźni zasłynął jako „doktor koni”. Wiele ciekawostek, dotyczących chorób koni, dowiedział się od swoich przodków, które później przekazywał swoim następcom. Zabierano go wszędzie, gdzie były chore konie. Jego zainteresowanie końmi było tak wielkie, że znał wszystkie konie z pobliskich i dalekich okolic. A. Klawun należał do wybranej przez chłopów deputacji, która w 1819 roku pośredniczyła w sprzedaży małych wówczas gruntów w Różewie. Grunty te, będące od 1812 roku w posiadaniu Otto Wilhelma z Herzberga, zostały sprzedane rolnikom za 16 tys. talarów. Aby wpłacić zaliczkę i wejść w posiadanie części kapitału obrotowego, rolnicy pożyczyli 5.900 talarów od handlowca o nazwisku Stargardt. Kupione gospodarstwo rolne, które uprawiano pracując zbiorowo. Początkowo było to opłacalne, ale wkrótce zaczęły pojawiać się nieprzewidywalne straty. Ceny zboża i bydła obniżyły się, a niezapłacone odsetki zostały wyegzekwowane poprzez zajęcie zboża i bydła. Grunty zaś poddano w 1828 roku licytacji. Aby nie utracić reszty majątku, przejął je poprzedni właściciel, a w momencie gdy większość rolników stała się bankrutami, automatycznie przestali być właścicielami i stali się pracownikami majątku ziemskiego. Członków deputacji, którzy doradzali kupno, uznano za kozłów ofiarnych. W gminie powstało wiele zatargów. Andreas Klawun zrezygnował w pracy w kuźni. Zaczął pracę jako niezależny mistrz (kowal) w nowej kuźni, znajdującej się w zachodniej części wsi, którą wybudował własnymi rękoma. Należała ona później do jego syna Andreasa, który pozostawił w spadku swojemu synowi Robertowi.
  Przez dłuższy czas kuźnia wiejska była w posiadaniu rodziny Rehbein. W 1900 roku odkupił ją od Augusta Rehbeina starszy brat Roberta Klawuna Martin, dzięki temu kuźnia znowu była w posiadaniu rodziny Klawun. Wg wspomnień byłych mieszkańców Różewa „Martin Klawun wymachiwał młotem kuźniczym przez 45 lat. Odgłosy kowadła słychać było w całej wsi od rana do późna. Kowal odwiedzany był przez chłopów, szczególnie w deszczowe dni, kiedy nie można było pracować na polu. Przy takich okazjach spożywano czasem alkohol. Wtedy też wszyscy rozmawiali i komentowali otwarcie nowe zdarzenia we wsi. Wrodzony spryt mistrza przyczyniał się do skracania czasu pracy. Czasami podchodził on do swoich uczniów i serdecznie głaskał ich po twarzy. Martin Klawun był wielkim przyjacielem dzieci. Oczywiście zauważyliśmy to i odwiedzaliśmy go chętnie w kuźni. Pomagaliśmy mu często, wypróbowywaliśmy ciężki młot kowalski, ogrzewaliśmy się przed kominem, przypatrywaliśmy się z zainteresowaniem podkuwaniu koni i tam zazwyczaj spędzaliśmy czas”.

Martin Klawun.

  Martin Klawun przez kilka lat sprawował funkcję dozorcy sikawek Ochotniczej Straży Pożarnej w Różewie. Wers z pewnego wiersza o członkach straży charakteryzuje Klawuna następująco:

Dozorca sikawek pan Klawun
czynił wszystko co w jego mocy.
Czasami jednak tryskał wodą
w miejsce, gdzie wcale się nie paliło.

  W styczniu 1945 roku 75-letni Klawun wraz z żoną Alwine opuścił Różewo. Oboje spędzili swoje ostatnie lata u córki Berty Maron w Heidelberg. Kuźnia została rozebrana przez Polaków. Czarna topola nad stawem wskazuje, gdzie się ona znajdowała...

Oświata do 1945 r.

  Jednym z najważniejszych okresów w życiu jest zapewne dla nas wszystkich czas szkolny. Również po latach, podczas spotkań z byłymi przyjaciółmi ze szkoły, chętnie poruszane i gorliwie wspominane są wspólnie przeżyte chwile z tamtych beztroskich i niezapomnianych dziecięcych lat. Bez przedłożenia szkolnej kroniki lub innych akt nie wiemy, kiedy wiejskie dzieci z Różewa po raz pierwszy rozpoczęły codzienną drogę do szkoły. Z tego samego powodu nie da się również stwierdzić, gdzie znajdował się pierwszy budynek szkolny oraz kto był pierwszym nauczycielem na wsi, który nauczał uczniów religii, czytania, pisania i liczenia. Źródła niemieckie przyjmują, że był to dymisjonowany podoficer lub znający się gruntownie na czytaniu i pisaniu uczciwy szewc czy krawiec, który raczej kijem niż psychologicznymi sztuczkami przekazywał swoją wiedzę. W momencie gdy trzeba było wykonywać prace rzemieślnicze, kontrolę nad klasą przejmowała jego żona, która potrafiła czasami uderzyć nieposłusznego chłopca mokrą szmatą w twarz, utrzymując w ten sposób porządek.
  W latach 1835-40 szkoła ewangelicka w Różewie prowadzona była przez nauczyciela o nazwisku Plath, który pracował w miejscowości aż do śmierci. Został pochowany na miejscowym cmentarzu. Dzieci z Różewa uczyły się w oddzielnych szkołach wyznaniowych. Szkoła katolicka od ok. 1880 roku znajdowała się w budynku, w którym Paul Raatz prowadził swoją piekarnię. Budynek ten jest do dziś określany mianem „starej szkoły”. Dwa pomieszczenia służyły tu jako klasy szkolne, zaś przy ulicy położone było mieszkanie „pierwszego nauczyciela”. Takim nauczycielem był Jakob Dobberstein, który nauczał w Różewie przez kilka lat. Bardzo małe podwórze otaczały stajnia, stodoła i ubikacje. Konkretny plac zabaw dla szkolnej młodzieży nie istniał. Dzieci bawiły się podczas przerw na wiejskim placu obok „szkolnej stajni”. Tutaj leżało również bezpłatnie przywiezione przez rolników ze służby zamkowej drzewo, które musiało zostać później rozłupane przez tzw. „wolnych ludzi” – małych chałupników, którzy nie posiadali koni. Kiedy pewnego dnia nauczyciel Dobberstein zauważył, że jego zapas drewna zmniejszył się, wywiercił w kilku drzwiach otwory, wsypał do dziur proch i porządnie je zatkał. Wkrótce dowiedział się, że u jego dobrego sąsiada z wielkim hukiem pękł piec i złodziej drewna został złapany.
  Drugim katolickim nauczycielem w tamtych czasach był Waldach, który mieszkał początkowo na małym, szkolnym poddaszu. Poślubił on Wiktorię, córkę Dobbersteina i po przejściu teścia na emeryturę przejął stanowisko „pierwszego nauczyciela”. Waldach był poważaną osobistością, uważano go za „pół Świętego”, szczególnie wtedy, gdy na słowa powitalne uczniów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” odpowiadał pastoralnym tonem: „Na wieki, wieków Amen!”. We wsi nazywano go zazwyczaj „stary Waldach”. Leon Waldach przejął zawód po ojcu i przez kilka lat pracował jako nauczyciel katolickiej szkoły. Nie był żonaty i zmarł młodo na suchoty, a szybkiemu rozwojowi choroby sprzyjało zbyt częste spożywanie alkoholu.
  Stary ewangelicki budynek szkolny z jedną klasą i małym służbowym mieszkaniem dla nauczyciela, znajdował się przy ulicy w górnej części wsi. Ogródek przed szkołą graniczył z ulicą. Pozostałościami tego ogródka była stara, rosnąca przy szkolnej stajni grusza. Mała górka, przez którą przebiegała droga do wioski i na której znajdowała się szkoła, nazywana była „szkolną górą”. Zastępcą wspomnianego Plath’a był nauczyciel Eisenschmidt. Pracował w Różewie do końca życia. Jego grób otaczała krata z kutego żelaza, a na płycie zamieszczony był epigraf. Jego następca nazywał się Priedigkeit, który pracował jako nauczyciel muzyki. Z czasem opuścił Różewo i objął nową posadę.
  Zarówno katolicka, jak i grożąca zawaleniem szkoła ewangelicka nie spełniały późniejszych wymogów szkolnych. Obok ewangelickiej szkoły ok. 1880 roku powstała nowa dwupiętrowa placówka dla obydwu konfesji. Aby móc wznieść budynek i poszerzyć cały grunt szkolny, został dokupiony z północnej strony kawałek ziemi od gospodarza o nazwisku Hirsch. W nowej szkole, na obydwóch piętrach znajdowało się po dwie klasy z jednym służbowym mieszkaniem dla nauczyciela (na dole dla katolików, u góry dla ewangelików). Stara ewangelicka szkoła została zburzona, a na jej miejscu wybudowano dla dwóch nauczycieli nową szkolną stajnię z zadaszoną stodołą. W późniejszym czasie poszerzono je poprzez zakupienie starej zagrody chłopskiej aż do „ślepej uliczki”. Ziemię, na której znajdowała się stara katolicka szkoła kupił rolnik Martin Küssel (ojciec Teodora), który urządził tutaj dla swojego pasierba Karla Zimmermanna warsztat stolarski. Kiedy ten przeprowadził się do Berlina, a w szkole przez kilka lat mieszkali lokatorzy, sprzedał ziemię Teodorowi Küssel, na której podczas I wojny światowej prowadzona była mleczarnia, dopóki nie przejął jej piekarz Henning. Ostatecznie przeszła ona w posiadanie Paula Raatza, który dalej prowadził piekarnię.

  W nowej szkole mieszkał „stary Waldach” i ewangelicki nauczyciel Hermann Köpp – następca Priedigkeita. Ponieważ początkowo nie było ogrodów użytkowych dla rodzin nauczycielskich, założono je na bardzo obszernym placu przy katolickim kościele, w północnej części wsi. Plac ten nazywany był przez ludzi „Kuhberg”- krowia góra, ponieważ dawniej zbierał się tu ze stadem bydła pastuch i gnał je na pastwisko. W ogrodach użytkowych stały uporządkowane w rzędach dzikie drzewa owocowe, które uszlachetnione sprzedawane były w pobliskiej okolicy właścicielom ogrodów. Ogrody nauczycieli nosiły nazwę „Szkoły drzew”. Dobrą opinią jako hodowcy drzew owocowych cieszyli się Waldach, Priedigkeit oraz Köpp, którzy nauczali również sztuki uszlachetniania drzew. Nauczyciel Otto Röer (następca Köppa) uwielbiał hodowlę jesionu płaczącego, który był wówczas chętnie sadzony nad grobami zmarłych.
  Jako drugi nauczyciel w katolickiej szkole za czasów Waldacha zatrudniony był Roman Krüger, który został współzarządcą w tartaku. Następnie nauczycielem został Herman Köpp, którego w wieku ok. 50 lat pochłonęła ciężka choroba. Następcą Hermana Köppa został w 1898 roku nauczyciel Otto Röer. Wg wspomnień „O. Röer pilnie, zręcznie i sumiennie wykonywał swoją pracę, wielu jego uczniów zawdzięczało mu podwaliny późniejszej kariery. Działał również jako urzędnik stanu cywilnego i organista w ewangelickim kościele, gdzie przez 14 dni odprawiał nabożeństwo liturgiczne. Roztropnie i aktywnie poświęcał się gustownej rozbudowie posiadłości, odziedziczonej po swoim teściu Hermannie Zimmermannie. Głęboko wstrząśnięci jego nagłą śmiercią w 1934 roku byli wszyscy mieszkańcy Różewa”.
  Prawie w tym samym czasie co Röer przybył do Różewa pochodzący z Tütz (Tuczna) Paul Schmidt, który pełnił funkcję drugiego nauczyciela w katolickiej szkole. Po odejściu Waldacha na emeryturę zostało mu przekazane stanowisko „pierwszego nauczyciela”. Przez wiele lat był on związany ze wsią i ceniono go szczególnie jako pełnego humoru mówcę podczas różnych okazji i uroczystości organizowanych dla dzieci. Doglądał również funkcji organisty w katolickim kościele. Swoją żonę sprowadził z miejscowości Wittkow. Urząd po nim sprawował przez kilka lat Leo Waldach. Chwilowo mieszkał z matką i siostrą w nieużytkowanym, należącym do ewangelickiej szkoły pomieszczeniu szkolnym, przedzielonym zasłoną. Następcą urzędu po jego wczesnej śmierci został Roman Dzioba, który przybył do Różewa w 1913 r. z miejscowości Gursen. Brał udział w I wojny światowej, podczas której poległ w 1918 roku.
  Wskutek dużego przyrostu liczby uczniów szkoła ewangelicka przed I wojną światową stała się dwuklasowa. Nowo utworzona klasa otrzymała konieczne wyposażenie, a lekcję rozpoczynało dwóch nauczycieli. Drugim nauczycielem był Benno Werner, który zdał drugi egzamin nauczycielski i wyjechał do niemieckiej szkoły dla obcokrajowców w Palermo. Jego następcą został Ernst Kunz, który poległ podczas wojny jako oficer. Wkrótce posada została zajęta przez będącego na „polu walki” Waltera Laase, który powrócił do kraju pod koniec 1920 roku, po ciężkim zranieniu i rosyjskiej niewoli. W tym trudnym okresie nauczyciel Röer sam zajmował się przepełnionymi klasami. W grudniu 1918 roku posadę drugiego nauczyciela objął Leo Klatt z miejscowości Dyck (Dzikowo). Oprócz sukcesywnej pracy w szkole Klatt organizował coroczne uroczystości dla dzieci, które obchodzone były przez obie szkoły wyznaniowe. Swój muzyczny talent wykorzystał do pielęgnowania muzyki oraz do utworzenia w gminie chóru mieszanego. Był również jednym ze współzałożycieli bractwa strzeleckiego i klubu piłkarskiego w Różewie. W październiku 1928 roku, po przejściu Schmidta na emeryturę, Klatt objął stanowisko „pierwszego nauczyciela”, urząd organisty oraz służbowe mieszkanie. Na okres 4 lat wyprowadził się jednak do domu stolarza Wagnera, a następnie od 1932 do 1934 r. do mieszkania służbowego Röera. W 1934 roku przeprowadził się do Wałcza, skąd w styczniu 1945 roku, w wieku 80 lat uciekł do Mecklenburga. Dwa lata później zmarł. „Kiedy podczas wojny często brakowało najpotrzebniejszych pomocy naukowych (ołówków, zeszytów, papieru itd.), Klatt pozwolił sobie na wygłoszenie następującej wzmianki: „Niemieckie Królestwo przerodziło się w Niemiecką „odnogę”. „Miejscowi przywódcy” dowiedzieli się nieoficjalnie o jego wypowiedzi, zgłosili to dyrekcji powiatu, wskutek czego Klatt otrzymał natychmiastowe przeniesienie. Musiał opuścić Różewo do 1.11.1943 roku. 20.11.1943 roku objął kierownicze stanowisko w szkole w Damerau. Przed końcem wojny został przydzielony do oddziału saperów w Gross Born i tam wpadł w ręce posuwających się naprzód Rosjan”.
  Nauczycielem pomocniczym w szkole katolickiej w Różewie był w latach 1923-1925 Clemenz Schulz, a jego następcą do 1928 roku Paul Reinholz, który zdał drugi egzamin nauczycielski. Za czasów Klatta drugim nauczycielem był Max Polzin z Knakendorf (od 1929 do 1945 roku), natomiast nauczycielem pomocniczym Leo Maier z Rokitten (od 1929 do 1932 roku), Franz Born z miejscowości Schneidemühl (od 1932 do 1934 roku) oraz Alfred Kühn z Preußendorf (do 1938 roku).
  W sierpniu 1934 roku, po śmierci Röera w szkole ewangelickiej pracowali Egon Neugebauer, Walter Bormann, a od lata 1938 roku Erich Gust. Jesienią tego samego roku obie szkoły zostały połączone w jedną wspólną szkołę, w której były trzy etaty: nauczali Klatt, Gust i Polzin. Gust poległ podczas wojny, Polzin pozostał w Różewie do 1945 r.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 21-02-2017

Spotkanie z autorami

Dodano: 19-02-2017

Wydarzenia regionalne

Dodano: 07-02-2017

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  59  60  61  62  63  64  65  66  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: