Aktualności:

Promocja "Studiów"


  Dnia 6 marca 2017 r., w czytelni Zespołu Szkół nr 1 w Wałczu, odbyła się prezentacja i promocja 8 tomu rocznika popularnonaukowego pt. ,,Studia i materiały do dziejów ziemi wałeckiej” (pierwszy tom ukazał się w 2010 r.). Spotkanie prowadził dr Przemysław Bartosik. W pomieszczeniu czytelni spotkało się kilkanaście osób - autorzy artykułów, zaproszeni goście, sympatycy historii. W pierwszej części spotkania odbyła się krótka prezentacja poszczególnych artykułów, a w drugiej dyskutowano o najbliższych planach, problemach, osiągnięciach i najważniejszych zadaniach Regionalnego Towarzystwa Historycznego Ziemi Wałeckiej. Wszyscy zebrani pozytywnie ocenili dotychczasowe działania grupy historycznej, wyrażając jednocześnie nadzieję na dalszy rozwój i szerszą współpracę środowisk zainteresowanych rozwojem i dziejami powiatu wałeckiego.

mgr Jarosław Ciechanowicz



















Dodano: 07-03-2017

Niewinna "czarownica" z Kościerzyny

  W drugiej połowie XVII w. żyła podobno w Trzebinie k. Człopy pewna kobieta. Miała na uboczu małą chatkę z ogródkiem, w którym pielęgnowała różne kwiaty i zioła. Mieszkała samotnie, mając za towarzyszy kozę, dwa psy i kota, parę kur i jedną gęś. Nie wiedziano nic o jej bliższej lub dalszej rodzinie. Przywędrowała aż spod Kościerzyny k. Bytowa, a właściwie to mąż ją stamtąd przywiózł. Mąż był woźnicą i podczas ostatniej wojny Szwedzi go wzięli jako wozaka do taboru i słuch o nim wszelki zaginął. Żyła sobie tedy owa niewiasta spokojnie, nikomu nie wadząc. A wielu ludziom z tej i okolicznych miejscowości pomagała, gdy ktoś zachorował lub bydło niedomagało. Na leczeniu i ziołach, a ponoć także na zaklęciach wszelakich znała się nadzwyczajnie. Widywano ją często jak w towarzystwie swoich psów i kota wędrowała z workiem na plecach lub koszem w ręku po okolicznych błoniach i lasach, zioła przeróżne zbierając. Ci, co przypadkiem w pobliżu niej się znaleźli, gdy tak z tymi swoimi zwierzętami okolicę przemierzała powiadali, że z kotem i psami jak z ludźmi rozmawiała, a te wiernie jej zawsze towarzyszyły.
  Miała owa niewiasta pewien zwyczaj, który czasami przysparzał jej nieprzyjaciół. Oto bowiem bez ogródek mówiła każdemu prawdę w oczy. Nie brała udziału w babskich pogaduchach i plotkowaniu przy studni, czy nad jeziorem, gdzie zbierały się kobiety pry praniu. Ale, gdy ktoś postąpił wbrew uczciwości, skrzywdził kogoś lub oszukał, wygarniała to winnemu przy pierwszym spotkaniu. Lękano się jej więc trochę, a ci, którym wypomniała coś publicznie, klęli i spluwali ukradkiem na jej widok. Byli też tacy, co głęboko chowali w pamięci urazę i czekali na okazję, by „wiedźmie” dopiec. Znalazł się oto ktoś, kto ją oskarżył, że sprowadziła pomór na jego bydło. Nie dawano specjalnie temu wiary, bo u innych zwierzęta także chorowały, a jednocześnie pamiętano, że skarżący miał z „czarownicą” na pieńku. Zobaczyła go kiedyś, jak wypasał swoje krowy na nędznym kawałku zboża, należącym do jednego z najuboższych we wsi. Skarciła go mówiąc, że nie minie go kara za ten niecny postępek.
  Znalazł się i ktoś inny, kto zaklinał się przy kuflu piwa w karczmie, że widział, wracając nocą z połowu ryb, jak „wiedźma” przy świetle księżyca na wzgórzu nad jeziorem jakimś dziwnym praktykom się oddaje, pląsa, a potem spowita obłokiem mgły znika nagle. Ani chybi z czartem się znosi i złe moce przyzywa ! Słuchano tego bez przekonania, ot tak, jak słucha się wynurzeń kogoś, komu nadmiar trunku fantazję pobudził, a zdrowy rozsądek przyćmił. Zaszło jednak coś, co wstrząsnęło ludźmi i przesądziło o losie „czarownicy”. Oto nieopodal jej chatki znajdowała się obszerna zagroda zamożnego „gbura”, który wozactwem się trudnił, ale gdy inni w czasach okrutnej wojny mienie i życie tracili, on swój majątek pomnożył, liczne a dalekie podejmując wyprawy w dość podejrzanej kompanii. Różnie o tym ludzie półgębkiem mówili, ale że człek był to jeden z najmajętniejszych, a przy tym gwałtowny w obejściu i spode łba patrzący, przeto obawiano się go i gęby na jego widok przymykano.
  Miał ów chłop syna – jedynaka, którego kochał nade wszystko i nad inne dzieci go wynosząc, choć jeszcze trzy córki dorodne były w domu. Chłopak, lat niespełna siedem mający, rósł zdrowo, był bystry nad podziw i żywy jak iskra. Ojciec, jako się rzekło, świata za nim nie widział i choć dla innych surowy, a nawet okrutny, jemu na wszystko pozwalał i odmówić mu niczego nie był w stanie. Jedno wszakże w postępowaniu chłopca gniewało ojca i sprawiało, że ten złym okiem spoglądał na swoją sąsiadkę – „czarownicę”. Oto chłopak, wbrew ojca i matki zakazom, odwiedzał jej małą chatkę nader często, słuchał z zapartym tchem jej opowieści o mocy w ziołach ukrytej, baśni o olbrzymach i duchach dobrych i złych. Pomagał kobiecie zioła zbierane przebierać, o każdym z nich wysłuchując opowieści. Polubiła go serdecznie zielarka, bo jej syna własnego, który pomarł był dawno, przypominał i uczuciem niemal matczynym darzyć go poczęła. Ale na złe to wszystko dla niej się obróciło.
  Pewnego wieczoru chłopiec od zielarki wróciwszy, przez matkę ostro skarcony, w nocy zachorował nagle. Miotał się rano w gorączce, ludzi nie poznając, dusząc się i z wielkim trudem chwytając powietrze. Posłano po „czarownicę”, choć nigdy dotąd progu tego domu nie przestąpiła. Przyszła od razu, napar z ziół przygotowała, ale wszystko było daremne, bo dziecko krztusząc się już wypić go nie zdołało. Nim słońce ku zachodowi chylić się poczęło, chłopiec życie zakończył. Stał jak skamieniały ojciec, gdy po kilkudniowej podróży w interesach, do domu późnym wieczorem wrócił. Rozpełzła się po wsi i okolicy wieść złowroga, że „wiedźma” chłopcu śmierć zadała. Nie wierzyli temu wszyscy, ale wzburzenie – podsycane głosami jej zapamiętałych nieprzyjaciół i rodziny zmarłego dziecka – rosło.
  Nieopatrznie przyszła na cmentarz, gdy odbywał się pogrzeb dziecka. Zdumienie i oburzenie, w gniew przechodzące, ogarnęło wielu spośród zebranych. Poczytano to za bezczelność i naigrawanie się z strategii, która się wydarzyła. Choć stanęła na uboczu, z dala od żałobnego zgromadzenia, narastał w tłumie wrogi szmer, później okrzyki, aż wreszcie, nie wiedzieć czyją dłonią ciśnięty poleciał pierwszy kamień. Po nim posypały się inne, przy wtórze nienawistnych okrzyków, które wnet głos księdza zagłuszyły. I kto wie, do czego by doszło tam nad grobem chłopca, gdyby nie kapłan, który zdołał wybuch nienawiści opanować, wołając, iż nie godzi się w obliczu Boga, który duszę niewinną do siebie powołał, nieprawości i gwałtu się dopuszczać, a sąd sprawiedliwy Stwórcy i Sedzi Najwyższemu pozostawić należy. Przycichli ci, co „czarownicę” ukamienować chcieli, ale chęć zemsty w sercach zachowali.
  Jeszcze tegoż dnia po zmierzchu przybiegła ukradkiem do zielarki kobieta ze wsi, aby ją ostrzec i prosiła ją żarliwie, by nie zwlekając, nim świt wstanie uchodziła stąd, bo zgubę jej gotują. Przed wieloma laty „czarownica” wyleczyła jej męża z ciężkiej niemocy i teraz ona dobrem za dobro chce odpłacić, przed śmiertelnym niebezpieczeństwem ostrzegając. Rzekła jeszcze przy tym, że nie wszyscy ludzie chcą jej zguby, bo pamiętają jej uczynność, ale lękają się w obronie wystąpić. Uśmiechnęła się gorzko „czarownica”, podziękowała za ostrzeżenie i rzekła przerażonej kobiecie, że uchodzić nigdzie nie zamierza, bo zbrodni żadnej nie popełniła, nikogo już na świecie nie ma i o śmierci już od dawna ze spokojem myśli, bo rzecz to nieuchronna i jedynie pewna na tym świecie. Poprosiła jeszcze tylko kobietę, gdy ta na wpół płacząc do domu się zbierała, by jeśli będzie mogła, jej zwierzętami się zajęła, aby je przed ślepą ludzką nienawiścią uchronić.
  Po paru dniach powleczono „czarownicę” przed sąd. Oskarżono ją o to wszystko, o co w takich wypadkach oskarżano: o konszachty z diabłem, o uprawianie praktyk magicznych na szkodę „rodzaju ludzkiego”, o spowodowanie wreszcie śmierci synka sąsiada. Był oskarżyciel, byli świadkowie oskarżenia i denuncjatorzy. Zabrakło obrońców. Nie byli potrzebni, a i nie było bezpiecznie za „wiedźmą” się wstawiać. Samemu łacno było w poczet „advocatus diaboli” zaliczonym zostać i na ławie z oskarżoną się znaleźć. Nie przyznała się oskarżona do czynów jej zarzucanych, ale to nie poprawiło w niczym jej położenia. Co najwyżej świadczyło o zuchwałości i zatwardziałym uporze podsądnej, ani chybi przez diabła wspomaganej. Ale żeby wszystko stało się „lege artis” – postanowił szacowny trybunał dopuścić przeprowadzenie „dowodu niewinności”. Oto miano ją „pławić” w Trzebińskim jeziorze, aby uzyskać dowód niezbity, czy „wiedźma” jest dalej w bliskiej komitywie z diabłem, czy też już ją odstąpił. Gdyby się na wodzie przez trzy „zdrowaśki” utrzymała, znaczyłoby to, że z czartem nadal w konfidencji pozostaje, a wtedy stos czekał ją niechybnie. Załadowano nieszczęsną do czółna, związawszy przedtem powrozem ręce i nogi, i katowski pomocnik wrzucił ją na głębinie do wody.

Jezioro Trzebińskie współcześnie.

  Zanim jeszcze to się stało i katowskim wózkiem nad jezioro ją przywieziono, odezwać się miała w te oto słowa do zebranych, których gromada liczna się zebrała, by świadkami być owego widowiska: Jestem niewinna ! Nikomu zła nie uczyniłam, ani w myśli, ani uczynkiem. Jeżeli zginę, to tam, gdzie będzie mój grób, za rok krzak głogu wyrośnie, a w jego gałęziach ptaki gniazdo uwiją, by o mojej niewinności, a waszej hańbie świadczyć. W głuchym milczeniu wysłuchali zebrani owych słów. Niejeden niepewnie się poczuł, ale rzecz musiała toczyć się swoim torem.
  Gdy łódź w znacznej od brzegu znalazła się odległości, wyrzucił pachołek katowski nieszczęsną do wody. Nie wydała okrzyku i ciało pogrążyło się, wypłynęło na chwilę jeszcze, by zniknąć w głębinie, tylko kręgi fal pomknęły po wodzie, ku brzegowi. Długo stał tłum nad jeziorem w milczeniu, potem rozchodzić się ludzie poczęli, ten i ów szeptał, że niewinną uśmiercono. Chyłkiem wymknęli się oskarżyciele, ścigani wrogimi spojrzeniami. Ciało kobiety sieciami wyłowiono i na wzgórku, w niepoświęconej ziemi pochowano. Na wiosnę następnego roku krzew głogu wyrósł na grobie, a ptaki później w jego gąszczu gniazdo założyły.
  Przez wiele dziesięcioleci pokazywano owo miejsce, później gąszcz kolczastych krzewów je osłonił i tylko ptaki miały tam ostoję i schronienie. I legenda pozostała, jak echo ulotnego czegoś, co być może wydarzyło się naprawdę…

 
Spisał na podstawie „Schlopper Sagen”
dr Przemysław Bartosik

Dodano: 25-02-2017

Nagrobek barona Blankenburga

 

 Nagrobek ostatniego z Blankenburgów w Märkisch Friedland – barona Dionizego, zmarłego w 1836 r. Dionizy był człowiekiem wykształconym oraz wielkim miłośnikiem muzyki. Utrzymywał kapelę złożoną z mieszczan i nauczycieli, która „koncertowała” w zamku. Kucharzem Dionizego był Steinbring – „ważna figura na zamku”. W ostatnich latach swego życia baron wyrzekł się zupełnie towarzystwa – „siadywał w swej komnacie posępny i zamknięty w sobie”. Do chwili złożenia ciała Dionizego w grobowcu na „Pfingstberg”, dwaj służący musieli trzymać straż przy trumnie i co godzinę wołać: „Panie baronie von Blanckenburg – śpi pan czy czuwa?”. Na wzgórzu obok grobowca pochowano siedem ulubionych wierzchowców barona (wcześniej je zastrzelono). Jak podaje Ernest Berg, w grobowcu spoczęła wkrótce jedyna siostra dziedzica. Rodzeństwo nie przepadało za sobą za życia. Nocami słyszano podobno jakieś jęki i łkania dochodzące ze wzgórza. W ciemnościach widywano w rycerskim rynsztunku Dionizego, pędzącego na wierzchowcu w otoczeniu swych dogów oraz siostrę barona, okrytą białym śmiertelnym całunem. Mieszkańcy w końcu wydobyli jej trumnę z grobowca i złożyli w miejscowym kościele. Nieboszczycy nie dawali więcej znać o sobie. Dobra frydlandzkie szacowane na 60 tys. talarów (w tym zamek) przypadły najstarszej siostrzenicy ostatniego Blankenburga, baronowej von der Goltz. W 1871 r. cały majątek przejął hrabia von Kleist. W 1890 r. zamek zniszczył pożar, po którym zaczęły się zapadać „pale fundamentów”. Berg odnotował: „Tak postępowało dzieło zniszczenia. Później saperzy dokonali reszty. Stos gruzów jest żałosnym świadkiem dawnej świetności i chwały”.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 25-02-2017

Sylwetki naszego regionu

 

  Ludwig Riess (1.12.1861 – 27.12.1928) – historyk i pedagog. Urodził się w Deutsch Krone (Wałcz), pochodził z rodziny żydowskiej. Studiował historię na Uniwersytecie w Berlinie. W 1884 r. wyjechał do Wielkiej Brytanii i Irlandii w celu zebrania materiałów do przygotowywanej dysertacji doktorskiej pt. „Głosowanie brytyjskiego parlamentu w średniowieczu”. Po uzyskaniu doktoratu wykładał na Uniwersytecie Cesarskim w Tokio. W roku 1888 poślubił Japonkę, FUKU Otsuka, córkę swojego kucharza, z którą miał jednego syna i cztery córki. W 1902 r. powrócił do Niemiec, tutaj pracował jako adiunkt na Uniwersytecie w Berlinie. W 1926 r. w ramach wymiany naukowej wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Wkrótce po przyjeździe, prawdopodobnie z powodu reakcji alergicznej po ukąszeniu przez owada zmarł w wieku 67 lat.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 24-02-2017

Już wkrótce...

ARTYKUŁY

ROBERT KRASZCZUK – Wyspy powiatu wałeckiego w czasach dawnych

JAROSŁAW LESZCZEŁOWSKI – Wałeccy Golczowie w średniowieczu

PRZEMYSŁAW BARTOSIK – Okoliczności budowy „Aten Wałeckich” na przełomie XVIII/XIX w.

JAROSŁAW LEMAŃSKI – Kobiety oficerowie w jednostkach liniowych 1 Armii Wojska Polskiego w walkach na Pomorzu w 1945 r.

MAREK SYRNYK – Pod specjalnym nadzorem – rzecz o inwigilacji mniejszości ukraińskiej w powiecie wałeckim

JERZY ROMANIUK – Działalność patroli milicyjno-społecznych na terenie Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałczu (1986-89)

BOGUSŁAW GAŁKA – Wkład władz samorządowych w rozwój przedsiębiorczości w powiecie wałeckim w latach 1999-2005


MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE

PRZEMYSŁAW BARTOSIK – Album fotograficzny o Georgu Hessie

JAROSŁAW CIECHANOWICZ – Informator z roku 1954: ,,Państwowe Gospodarstwa Rolne” – Ziemia Koszalińska – jako przykład próby wzmacniania akcji osadniczej na tzw. Ziemiach Odzyskanych


WSPOMNIENIA

ALEKSANDRA JANICKA – II wojna światowa wspomnieniami bliskich

JULIA WOJDYLAK – Piekło pod opieką „Anioła Stróża”. Historia mojego pradziadka


RECENZJE

BOGUSŁAW GAŁKA – Przemysław Bartosik, Sylwetki „Aten Wałeckich”. W jubileusz 350-lecia szkoły jezuickiej w Wałczu, Wałcz 2015

Dodano: 22-02-2017

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  59  60  61  62  63  64  65  66  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: